W ramach realizmu




John Searle
Często słyszy się z ust wszelakiej maści buddystów twierdzenia, że stanowisko naturalistyczne – oświeceniowa idea, że istnieje niezależny, pozbawiony życia świat, który działa według naukowych praw i bezosobowych procesów – jest ostatecznie tylko ludzkim konstruktem. Niektórzy z nich - nierzadko również cenieni buddologowie -  ci bardziej skłonni uznać niepowtarzalne osiągnięcia nauki, podkreślają, że jest to z pewnością potężny i skuteczny ludzki konstrukt, niemniej jest to tylko konstrukt. Podpierają się wypowiedziami różnych filozofów, naukowców czy historyków, którzy posiadają podobny punkt widzenia określany zazwyczaj mianem konstrukcjonizmu społecznego, który zasadza się na przekonaniu, że "ludzie postrzegają rzeczywistość poprzez pryzmat swojej kultury i doświadczeń, przypisując temu, co odnotowują, określone znaczenia, i w związku z tym nikt nie może zaobserwować obiektywnej rzeczywistości, oderwanej od nadawanych znaczeń i kontekstów". 

Jednak skąd faktycznie u współczesnych buddystów ta powszechna, mniej lub bardziej jawna, tendencja do podważania tego, co John R. Searle nazywa realizmem zewnętrznym. Oczywiście, pewnie należałoby zacząć od podstawowego założenia buddyjskiej epistemologii, mówiącego o tym, że umysł i obiekt powstają współzależnie, zatem nie jest łatwo, jeśli w ogóle jest to możliwe, odseparować własne rozumienie świata od samego świata. Jestem jednak pewny, że buddyjska epistemologia odgrywa raczej marginalną rolę w przypadku owej powszechnej u dzisiejszych buddystów tendencji do negowania istnienia świata zewnętrznego. Myślę, że bardziej decydującym czynnikiem są tutaj raczej rożne wpływowe antyoświeceniowe nurty postmodernistyczne (wśród nich wspomniany konstrukcjonizm społeczny), gdzie „mała narracja” czy „paradygmat” są terminami spełniającymi często rolę narzędzi do tuszowania i kontrolowania nieprzyswajalnych emocjonalnie faktów o świecie zewnętrznym, jakich dostarcza nam współczesna nauka. To jedynie parę słów tytułem wstępu do fragmentu książki wspomnianego Searle'a, zatytułowanej Umysł, język, społeczeństwo:

Otóż moim zdaniem, na dużo głębszym poziomie realizm zewnętrzny nie jest teorią. To że istnieje świat zewnętrzny, nie jest moim poglądem ani opinią. Jest to raczej rama, konieczna, aby w ogóle możliwe było posiadanie poglądów czy tworzenie teorii dotyczących zjawisk takich jak ruchy planet. Kiedy dyskutujesz nad zaletami teorii, jak na przykład teoria heliocentryczna, musisz przyjąć za pewnik, że rzeczy w jakiś sposób naprawdę istnieją. Inaczej nie można zacząć dyskusji. Same terminy stają się niezrozumiałe. Ale założenie, że obiekty istnieją niezależnie od naszych wyobrażeń co do tego, jak istnieją, to realizm zewnętrzny. Realizm zewnętrzny nie jest twierdzeniem o istnieniu tego czy innego obiektu, ale raczej założeniem dotyczącym sposobu rozumienia takich twierdzeń. Dlatego właśnie „dyskusje” wydają się zawsze nieprzekonujące. Możesz w mniej lub bardziej przekonujący sposób roztrząsać teorię ewolucji Darwina, ale nie możesz w podobny sposób rozstrzygnąć kwestii istnienia świata realnego, ponieważ takie rozwiązanie zakłada jego istnienie. Nie oznacza to, że realizm jest teorią nieweryfikowalną, znaczy to raczej, że realizm jest nie tyle teorią, co ramą, w obrębie której dopiero jakiekolwiek teorie są możliwe.


Nie sądzą, aby rozmaite ataki na realizm były motywowane argumentami, które przedstawiłem; myślę, że ich przyczyna leży głębiej i jest mniej intelektualna. (...), wiele ludzi uważa za odrażający fakt, że my, z naszym językiem, świadomością i zdolnościami twórczymi, mamy podlegać niememu, głupiemu, bezwładnemu światu materialnemu i być wobec niego odpowiedzialni. Dlaczego to my mamy odpowiadać przed światem. Dlaczego nie mielibyśmy myśleć o świecie realnym jako o czymś, co tworzymy i co w ten sposób odpowiada przed nami? Jeśli cała rzeczywistość stanowi „konstrukt społeczny”, to my, a nie świat, jesteśmy u władzy. Głębszą przyczyną zaprzeczania realizmowi nie jest taki czy inny argument, ale ludzka żądza władzy, pragnienie kontroli oraz głęboki i trwały uraz. Ten uraz ma długa historię, a pod koniec dwudziestego wieku pogłębiła go jeszcze nienawiść i odraza do nauk przyrodniczych. Nauka, ze swoim prestiżem, z wyraźnymi postępami, swoją władzą, pieniędzmi i ogromnymi możliwościami wyrządzania szkód, stała się celem nienawiści i oburzenia. Podsycały je prace myślicieli, takich jak Kuhn i Feyerabend, którzy wydawali się odbrązawiać, demitologizować naukę. Uznaje się, że ukazali oni, że nauka nie daje nam obiektywnej wiedzy na temat niezależnej rzeczywistości, ale jest raczej serią mniej lub bardziej nieracjonalnych konstruktów słownych, „paradygmatów”, w ramach których naukowcy zajmują się „rozwiązywaniem problemów” dopóty, dopóki sprzeczności i niezgodności wewnątrz paradygmatu nie doprowadzą do jego porzucenia, a gdy się to stanie, naukowcy spiesznie przyjmują nowy paradygmat i zaczynają od początku. Obraz nauk przyrodniczych jako czegoś, co daje nam obiektywną wiedzę o niezależnie istniejącej rzeczywistości – obraz traktowany przez ich przedstawicieli jako coś oczywistego, o czym każdy z nich może zaświadczyć – jest teraz ostro atakowany. Po stwierdzeniu, że nauka nie daje nam obiektywnej wiedzy o rzeczywistości, następnym krokiem jest teza, że takiej rzeczywistości nie ma, że istnieją tylko konstrukty społeczne. (str. 59-62)