Poła, czyli dziura w głowie





Du oder Ich (Ja czy ty), Maria Lassnig 
Gdzie się podziewa A?” - dobiegło do moich uszu w miejscowym barze. Obsługujący tego wieczoru barman odpowiedział: „Jest w Kucharach. Robi sobie dziurę w głowie.” Zaraz, zaraz, Kuchary, Kuchary ... – pomyślałem zaintrygowany. Coś mi ta nazwa chyba mówi … Czy to znaczy, że chodzi tu o jakieś buddyjskie odosobnienie, na którym A. miałaby właśnie przebywać? A niech mnie, co za oświecone poczucie humoru - z aprobatą pomyślałem o barmanie, powoli kojarząc fakty, niestety nie wiedząc jeszcze, jakim faktycznie ignorantem byłem, bowiem całkowicie nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tą rzekomo ironiczną wypowiedź można było odczytać, o dziwo, całkiem dosłownie. Najwyraźniej moja własna, niezaleczona jeszcze dziura w głowie, po latach przykładnego jej nawiercania za pomocą x-buddyjskich „narzędzi”, nadal deformuje postrzeganie otaczającej mnie rzeczywistości. Zamiast natychmiastowego osłupienia na wszelakie przejawy dharmicznego zniewolenia umysłu – albo inaczej decyzji, szczególnie w jej afektywnej odsłonie - oraz pompowanej przezeń charyzmy nieustraszonych x-buddyjskich „guru” i reprezentowanych przez nich „linii przekazu” - odruchowo lgnę, na przemian, raz ku wygodnej ironii, raz ku bezpiecznemu sceptycyzmowi.

Po powrocie do domu, wiedząc już, że A. jest osobą zaangażowaną w praktykę buddyjską, jaką propaguje w Polsce związek wyznaniowy Diamentowa Droga, wyszukałem w sieci krótki tekst napisany przez niejakiego Lamę Ole Nydahla, w którym to pojawiają się następujące fragmenty:

Najlepsze przygotowanie [do kursu Poła] stanowi, jeśli to możliwe, powtórzenie sto tysięcy razy mantry OM AMI DEWA HRI. Jednocześnie wyobrażamy sobie czerwonego Buddę Nieograniczonego Światła nad głową, w Obszarze Najwyższej Radości. Pragniemy zbliżyć się do niego, już w czasie przygotowań wielu ludzi odczuwa, jak pole mocy pojawia się nad ich głowami. (...) W czasie przedłużonego nieco weekendu, najlepiej podczas pięciu dni, mówię najpierw o podstawach buddyzmu, udzielam przekazu (nazywanego "lung") do Poła i wyjaśniam samą medytację. Już w czasie lungu mniej więcej połowa praktykujących doświadcza ucisku na szczycie głowy. Medytuje się trzy razy po trzy godziny w ciągu dnia ćwicząc wysyłanie umysłu z ciała dopóty, dopóki na głowi każdego nie pojawi się wyraźny otwór, poprzez czaszkę, mięśnie i skórę. Jednocześnie można zauważyć kroplę krwi, rysę lub zaczerwienienie, wszystko najczęściej w odległości około ośmiu szerokości palca od oryginalnej linii włosów. W czasie dotknięcia tego miejsca odczuwa się kłujący ból i również po kursie szczególne odczucie na szczycie głowy przypomina o otwartej drodze do Czystych Krain. (…) „Tajemny" znak powstający dzięki medytacji widzi często tylko nauczyciel. Znak ten jest na początku niedostrzegalny dla praktykującego, gdyż ma on do przepracowania i tak wystarczającą ilość zewnętrznych, jak też wewnętrznych "filmów".


Kiedy ironia i ten bierny sceptycyzm gasną w zderzeniu z wizją hipotetycznego uczestnictwa w takim pięciodniowym instruktażu „świadomego umierania”, czyli owego Poła, poprzedzonego uprzednim drenażem mózgu za pomocą x-buddyjskich „narzędzi” - tysiące mantr i światłości "współczujących" Buddów – na przemian pojawiają się tylko dwie alternatywy, to znaczy, dwie dziury: jedna w mojej głowie albo druga w głowie instruktora. I jak ręką odjął, ucisk na jej szczycie natychmiast znika. Potem już tylko Czysta Kraina i ... moc Radości, rzecz jasna!



Buddyści z diamentowej krainy