Kociokwik w systemie






Cieszy, że jedna z głównych postaci polskiego mindfulness, Paweł Holas, zdaje się podzielać sceptycyzm wobec realnego wpływu szkoleń uważności na instytucje - np. korporacje - i w rezultacie ich zmianę „od środka. Bo faktycznie, mniemanie, jakim kierują się jego koledzy, którzy, jak twierdzi Holas na łamach Wysokich Obcasów, „argumentują, że jeśli taki, powiedzmy, menedżer, pójdzie na kurs mindfulness i będzie w nim uczestniczył uczciwie, a nie tylko po to, żeby go zaliczyć, to (...) może wtedy stać się bardziej świadomy, bardziej empatyczny wobec pracowników i jest nadzieja, że zacznie podejmować decyzje, które będą zmieniać tę instytucję od środka. Uczynią ją bardziej moralną” - jest najoględniej mówiąc, mniemaniem dość naiwnym, zupełnie nie biorącym pod uwagę siły oddziaływania kapitalistycznej struktury na wplątaną w nią, i właściwie bezbronną wobec tej struktury, jednostkę. 

Bo czy ktoś trzeźwo myślący może faktycznie trzymać się wyobrażenia, że przysłowiowy menadżer średniego szczebla jest w stanie w jakikolwiek realny sposób, dzięki swojemu jak najbardziej uczciwemu uczestnictwu w kursie mindfulness, wpłynąć na zmianę dynamiki w obrębie struktury organizacji, której jedynym celem jest ciągła i bezpardonowa optymalizacja, z maksymalizacją zysku na czele? Utwierdzanie innych w takim przekonaniu, że można w pojedynkę przełamać dominujący w takiej organizacji groupthink, jak to nazywa I.L. Janis, daje wiele do myślenia - szczególnie odnośnie poziomu indoktrynacji oraz wynikającego z niego stanu moralność propagujących takie przekonania. 

Ale nie należy się takiemu sposobowi myślenia dziwić. Jak przypomina Małgorzata Jacyno„Bledną (...) w terapeutyczno-religijnym porządku determinacje społecznej natury. Strukturalne determinacje (rynek, nierówności, bezrobocie, dyskryminacje) przetopione zostają na >>osobiste problemy<<. Wydaje się, że dzisiaj więcej ludzi skłonnych jest podzielać wiarę w zły przepływ chi niż w strukturalne bezrobocie. (...) W obliczu możliwości utraty pracy i bankructwa dla wielu bardziej racjonalne są wizualizacje sukcesu czy przyłączenie się do jednej z wielu grup terapeutycznych niż przystąpienie do związku zawodowego.

Oczywiście trudno tutaj nie napomknąć o bardziej prozaicznych przyczynach, które ściśle wiążą się z tą „uważną retoryką, wynajdującą coraz to nowe osobiste problemy, nazwane w wywiadzie rozbrajająco, „kociokwikiem w głowie. Bo choć trudno przyjąć do wiadomości, aby koledzy Holasa rzeczywiście byli aż tak naiwni, by wierzyć w to, co deklarują publicznie (choć i tego nie należy wykluczać), to mimo wszystko nie można w tym kontekście zapominać o starym dictum Uptona Sinclaira, mianowicie, że trudno nie podtrzymywać fałszywych przekonań, jeśli od propagowania tychże przekonań uzależniona jest kogoś wypłata... 

Jednocześnie ciekawe jest to, że Holas nie ukrywa swoich nadziei wobec nowego kuriozalnego konceptu, mianowicie czegoś, co nazywa mianem „social mindfulness, czyli uważnością społeczną. Czy nie jest to kolejny sygnał, że zapędy kolonizatorskie tego środowiska nie znają granic? Bo przecież nie wystarczy szeroki dorobek nauk społecznych czy choćby prawo powszechne, nie wspominając o dobrym obyczaju, codziennych i sprawdzonych praktykach oraz konwenansach, aby, jak mówi Holas, „uwrażliwić na innych, na ekologię, na politykę

Do tego koniecznie potrzebna jest „uważność społeczna! Czy należy się więc spodziewać, że niedługo tuż obok dotychczasowych ośmiotygodniowych szkoleń McMindfuless, jakie oferuje to środowisko, znajdzie się również oferta szkoleń firmowanych znakiem towarowym „uważność społeczna? Z marketingowego punktu widzenia to działanie owszem jak najbardziej racjonalne. Skoro w przesyconym libertariańskim etosem społeczeństwie czuć ostatnio pragnienie kolektywu, to rozcieńczone i zdewaluowane przez różnych hochsztaplerów hiperindywidualistyczne pojęcie „uważności podrasowuje się przymiotnikiem społeczna i już ma się kolejną, nową metodę terapeutyczną, pozwalającą zdiagnozować a potem skrzętnie uciszać wrzask w głowie swoich klientów. Ale trudno oczekiwać od przemysłu terapeutycznego czegoś innego. Bo szczere mówienie o systemowych przyczynach cierpienia osób zgłaszających się do gabinetów psychoterapeutycznch, jest dla tej branży jak ten przysłowiowy strzał w stopę. Jednak bezkompromisowe demaskowanie pierwotnej przyczyny tego stanu rzeczy, czyli tytułowego kociokwiku w systemie, jest jak najbardziej możliwe. Nawet dla przedstawicieli tej branży. Niech przykładem tego będzie Paul Moloney: