Co to znaczy "być zen"?





D.T. Suzuki
Czytając kolejny rozdział z książki Bernarda Faure pt. „Czy bycie buddystą równa się byciu zen?”, co jest luźnym przekładem jego „To be Buddhist is to be Zen”, zastanawiałem się na ile czytelny byłby ten tytuł dla polskiego buddysty (zen). Bo co to właściwie znaczy „być zen”? Oczywiście w krajach anglosaskich, szczególnie w USA, określenie kogoś, czegoś mianem „zen” weszło dość głęboko w codzienny, całkowicie od religijnego kontekstu oderwany język i stało się synonimem słówka „positive” czy wręcz „cool”. „Wiesz” mówi się, „ona jest taka zen”, jakby chciało się powiedzieć coś w rodzaju „Ona jest rzeczywiście taka pozytywna, naprawdę spoko(jna)”, albo „Jak on to robi, że jest taki zen?”, myśli się z zazdrością o poziomie opanowania kolegi z pracy ...

Próbując dociec jaka jest głębsza „etymologia” tego określenia, warto moim zdaniem zastanowić się nad tym, co o D.T. Suzukim we wspomnianym rozdziale pisze Faure:

Rozprzestrzenienie się zen na Zachodzie zawdzięczamy w dużej części D. T. Suzukiemu, którego Essays in Zen Buddhism, wywarły znaczący wpływ na hipisowską kontrkulturę lat 60-tych, jak i zafascynowały starsze pokolenia. Renoma jaką został otoczony Suzuki była tak wielka, że nadano mu przydomek „Św. Franciszek Ksawery zen świata zachodniego”. Całkiem zasadne odwrócenie ról, biorąc pod uwagę, że misjonarz Franciszek Ksawery próbował nawracać Japończyków w szesnastym wieku.

Suzukiemu udało się przekonać swoich zachodnich czytelników do tego, że zen mógł rywalizować z najlepszym chrześcijańskim mistycyzmem, a raczej, że faktycznie był najwyższą formą wszystkich mistycyzmów, tak w Oriencie, jak i na Zachodzie, i jako taki, był unikatowym zjawiskiem na skalę światową. Suzuki doszedł do logicznej konkluzji, że zen nie jest ani filozofią, ani religią, lecz, że zwyczajnie jest „duchem wszystkich religii lub filozofii”. To dokładnie z tego powodu, zen może być praktykowany przez każdego, czy to buddystę, czy chrześcijanina, „tak jak wielka i mała ryba są zadowolone z życia w tym samym oceanie”. Dzięki tej metaforze, zen porównywany jest do oceanu, a praktykowanie go powoduje to, co Romain Rolland nazywał „oceanicznym uczuciem” - doznaniem rozpływania się w ogromnej przestrzeni rzeczywistości. Twórca psychoanalizy, Zygmunt Freud, rozumiał owo pojęcie oceanicznego uczucia, jako formę pierwotnego narcyzmu. Z drugiej strony, Suzuki miał znaczący wpływ na psychoanalityczną reinterpretację zen, dzięki przetłumaczeniu „umysłu-nie” lub „nie-myślenia” (chiń. wuxin, jap. mushin) – celu medytacji zen – jako „Nieświadomość”. Czyniąc w ten sposób, pozbawił zen jego religijnego zaplecza i przekształcił go w rodzaj terapeutycznego systemu. Jak mieliśmy okazję się przekonać, podobnego rodzaju mylna interpretacja dokonała się [na Zachodzie] w przypadku buddyzmu ogólnie rzecz biorąc.  
(...) 
Poglądy Suzukiego wywołały także wielkie wrażenie w Japonii, a szczególnie na jego przyjacielu, filozofie Nishidzie Kitaro, założycielowi tak zwanej szkoły Kyoto. W swojej książce pisanej przed wojną, TheQuestion of Japanese Culture, Nishida definiuje esencję japońskiego ducha, którą jest pragnienie stania się jednością ze wszystkimi rzeczami i osiągnięcie punktu, w którym nie ma podziału na Jaźń i Innego. Takie stopienie się w niedualność, wiąże się z tym, co Nishida nazywa „czystym doświadczeniem”, które jak twierdzi, wiedzie do poświęcenia „ja” w służbie cesarzowi i japońskiemu imperium.

Wydaje mi się, że to powyższe „bycie zen” zachowało w sobie jakieś dalekie echa tego uniwersalnego i unikatowego mistycyzmu Suzukiego, który dla wielu zachodnich wyznawców i nie-wyznawców kojarzy się właśnie z prawdziwym „duchem zen”, czymś w rodzaju „czystego doświadczenia” Nishidy Kitaro, które nie wymaga już walki za cesarza, ale być może niesie ze sobą jakąś nie do końca uświadomioną obietnicę ostatecznego (roz)topienia się w wodach mistycznego oceanu. Być może Freud miał jednak rację ...