Buddyzm nowym opium ludu







Mark Vernon, publicysta brytyjskiego dziennika The Guardian zamieścił w marcu tego roku kontrowersyjny komentarz dotyczący rekomendowanego przeze mnie dwa posty wcześniej programu z udziałem Batchelora i Peacocka. Oto jego treść:

W jednym z wielu pokoi, które należą do Davida i Victorii Beckham, stoi ponad metrowej wysokości złoty posąg Buddy. Madeleine Bunting zobaczyła go w telewizji, a następnie opowiedziała o tym widzom jednego z programów z serii „Uncertain Minds”. Co buddyzm ma takiego w sobie, zastanawiała się, co czyni go tak doskonale dopasowanym do współczesnego konsumeryzmu?

Buddyjski pisarz Stephen Batchelor, który wraz z buddyjskim uczonym Johnem Peacockiem, byli gośćmi tego programu, odpowiedział, że w Tajlandii jest świątynia, w której znajduje się odlew Buddy będący małą podobizną Davida Beckhama. To doskonała symetria, która prowokuje istotne pytania dotyczące zachodniego buddyzmu.

Zachodni buddyzm prezentuje się jako lekarstwo przeciwko napięciom, jakie niesie ze sobą życie we współczesnym świecie, jednak w rzeczywistości - jak zauważył Slavoj Žižek – funkcjonuje jako doskonały dodatek do współczesnego życia. Pozwala swoim wyznawcom na chwile „odłączenia się” od stresu, pozostawiając jednocześnie przyczyny stresu nietknięte. W rezultacie niczym nie ograniczone wyniszczające siły nadal działają na swojej twórczo destrukcyjnie ścieżce. W skrócie, buddyzm jest nowym opium ludu.

Batchelor i Peacock mogliby się zgodzić z tym, że jest to poważny zarzut oraz wielkie ryzyko. Ich wysiłki mogą być interpretowane dokładnie jako stawianie oporu.

Lecz ich analiza jest inna. Jak mówi Batchelor, zachodni buddyzm przechodzi swoją protestancką reformacje. Znajduje się około dwóch stuleci za zachodnim chrześcijaństwem, jeżeli chodzi o krytyczne podejście wobec swoich kanonicznych pism. Poszukiwanie historycznego Buddy - działalność, którą porównuje się do XIX wiecznych poszukiwań historycznego Jezusa – ciągle jeszcze trwa. Nagle, właściwie średniowieczny buddyzm został przeniesiony do współczesności. Nic więc dziwnego, że musi upłynąć dwa, być może trzy stulecia, nim pojawi się autentyczna zachodnia jego forma – co po części rozumie się jako formę, która przeciwstawi się, a nie będzie dla konsumeryzmu dodatkiem.

Ważnym zadaniem jest demontaż powszechnie przyjętych założeń dotyczących buddyzmu, które krążą zarówno w środowiskach buddyjskich, jak i poza nimi. Przykładowo, jak zauważył Peacock, we wczesno-buddyjskim leksykonie nie ma odpowiednika dla słowa medytacja, chociaż często bierze się je jako coś, co definiuje buddyjską praktykę. Zamiast posługiwać się słowem medytacja, Budda zachęcał swoich uczniów, aby „kultywować”, „uprawiać”, aby „powoływać coś do życia”. Wprowadził zestaw metafor rolniczych, a nie egzystencjalnych.

To o czym się zapomina w wyniku skupiania się na medytacji, to wyzwanie etyczne, jakie niesie ze sobą przesłanie Buddy. Jakakolwiek praktyka musi obejmować całą postawę człowieka wobec świata, a postawa buddyjska jest zdecydowana i bezkompromisowo krytyczna. Celem praktyki jest badanie wszystkich aspektów życia jednostki. Zajęcia z medytacji w piątek wieczorem, które nie mają żadnego wpływu na twoją pracę w poniedziałek rano, jest ćwiczeniem się w žižkowym „odłączaniu się”.

Albo weźmy kolejny, często cytowany buddyjski truizm, że mianowicie, wszystko powinno być kwestionowane i nic nie powinno być brane na wiarę. Składa się takie gołosłowne deklaracje, mówi Peacock, lecz jednocześnie buddyści zazwyczaj obstają przy różnego rodzaju doktrynach, począwszy od prawa karmy i reinkarnacji, a skończywszy na prawdzie o cierpieniu i nieistnieniu jaźni. Rezultat tego jest taki, że buddyzm staje się religią, nawet wtedy, kiedy uparcie obstaje się przy tym, że nią nie jest. Wykorzystuje się zachodnie kategorie myślowe, i zakłada się jednocześnie, że się je obala. Faktycznie samo słowo „buddyzm” jest zachodnim neologizmem.

Fałszywe jest jednak myślenie, że zachodnie kategorie, które nas kształtują mogą zostać pominięte. Nie można wybrać sobie bogów, których się czci. Żywienie nadziei, że będzie to możliwe poprzez przyswojenie sobie czyichś bogów lub zestawu wschodnich idei, jest fundamentalnie błędne.

Zamiast tego, osoba pragnąca kontynuować drogę Buddy musi „wejść w strumień”, musi iść dalej wraz z ciągle zmieniającym się strumieniem, który stanowi żywą tradycją. To niełatwy wybór. Peacock i Batchelor zdobywają tyle samo uznania, co dezaprobaty. Albert Schweitzer podsumowując swoje poszukiwania historycznego Jezusa uznał, że jest to proces, który często może powodować przygnębienie oraz zwodzić w złym kierunku.

Ale jak mógłby powiedzieć wielki reformator Marcin Luter: „Tu stoję, inaczej nie mogę”. Wybór jest dwojaki: prawdziwa reforma albo kiczowaty złoty posąg w kącie twojego pokoju.