O medytacji i nihilizmie






A teraz parę niedokończonych, chaotycznych uwag dotyczących medytacji. (Zakładam doraźnie, że „medytacja” to kontemplatywno–analityczna praktyka, która została przedstawiona w kanonie palijskim, w sutcie Anapanasati. Jeżeli to dla was zbyt wiele, przyjmijcie więc, że to: siedzenie w bezruchu i ciszy, zwracanie wewnętrznej uwagi na oddychające ciało/obszar zmysłów. „Protagonista” = Siddhattha Gotama, Budda, którego rozumiem jako literacką postać, w podobny sposób jak „Sokrates” Platona. Obaj mężczyźni byli historycznymi postaciami, lecz zostali zastąpieni przez literackie idealizacje).

Medytacja umiejscawia was u progu analitycznej ruiny. Chwilowo możecie odpierać to, co nieuniknione za pomocą dowolnej ilości dziwacznych konceptualnych fantazji. W tym jednak przypadku, nie cofacie się. Inna ewentualność: Podejmujecie analizę, lecz tylko celem uśmierzenia bólu, a ruina bierze w łeb. Wreszcie, postanawiacie nie wzdragać się przed faktem najistotniejszym. Fakt ten jest nieubłagany i nieunikniony. Można w to powątpiewać, tylko dzięki najmroczniejszej ludzkiej ignorancji albo wskutek aktu iście gargantuicznej woli zaprzeczenia. Jeżeli historia świata jest jakąkolwiek wskazówką, to fakt ten jest wyjątkowo złowieszczy. Jeżeli historia instytucji naszej kultury, naszego języka, naszej biologii jest jakąkolwiek wskazówką, to nie ma większego zagrożenia przed jakim stoi ludzkość. Faktem tym jest rozpad. Nie wzdragając się przed obecnością rozpadu, przekraczacie krawędź i nie cofacie się.

Rozpad to coś oczywistego. Istnieje w każdym akcie percepcji, pojmowania i odczuwania. Na przestrzeni długich odcinków czasu, uwidacznia się dzięki pamięci i porównywaniu. Nauka śledzi go z perspektywy niekończących się tysiącleci poprzedzających nadejście ludzkich istot. Rozpad jest natychmiastowy i bezustanny. Dla zagłady jest tym, czym cząsteczka dla masy, a argon dla pary. Zagłada opisuje coś więcej niż tylko całkowite ustanie przedmiotów i bytów: opisuje stan, który neguje nawet możliwość ich dalszego unicestwienia. Zagłada jest cierpliwa: czeka do samego końca. Jej zasięg jest ogromny i niezmierzony. Widzi swój przedmiot po milionach lat. Rozpad dokonuje się wśród ogółu rzeczy – w strumieniach ich powstawania, trwania i zanikania. Jego pole widzenia jest małe i wąskie. Widzi swój przedmiot podczas bliskiego, choć zabójczego objęcia. Sam rozpad jednak, będąc czymś natychmiastowym i bezustannym, unicestwieniu nie podlega. Choć sam jest pojęciem, rozpad to coś, co unosi się w pobliżu faktu, któremu nadaje nazwę, którego czyni zrozumiałym. Rozpad jako pojęcie, nadaje przejrzystość temu, co w innym przypadku, pozostałoby mroczną, obcą i niepokojącą domeną. Pojęcie rozpadu czyni możliwym samo myślenie o fakcie rozpadu. Jednak myślenie, to tylko myślenie. Myślenie często jest niewzruszone wobec tego, że pozostaje w niezgodzie z byciem. A jednak, zrozumiałość i przejrzystość, choć to cechy myślenia, sugerują, że myśl odważnie wchodzi w piętrzące się fale morza immanencji.

Medytacja to narzędzie (organon) rozpadu. W przeciwieństwie do wybryków fantazji, które możliwe są za sprawą dyskursywnego myślenia, medytacja powoduje bezwzględną immanencję. Jest zakorzeniona w sensorialnym ucieleśnieniu. Nawet myślenie ukazuje się w medytacji, jako fizyczność – jako immanentny fakt sam w sobie. Medytacja jest obnażaniem. Jest dla świadomości tym, czym skóra dla ciała, mianowicie, organicznym interfejsem, wystawieniem się i łączeniem się ze otoczeniem. Zarówno skóra, jak i medytacja są organami; są narzędziami, środkami poznawania, stąd organon. Medytacja jest obnażaniem ciała przed ciałem, jako ciałem, odczuwania przed odczuwaniem, jako odczuwaniem, myśli przed myślą, jako myślą, każdego przed każdym, każdego przed całością, i całości przed otoczeniem. Jako organon, medytacja, podobnie jak skóra, zakorzeniona jest w powierzchni rzeczy.

Eskapada na jaką was zapraszam jest dla ciekawskich odkrywców z lekkim ekwipunkiem. Odkrywco, mogłeś był to już zaobserwować: Szczęśliwy przypadek wydarzył się w historii myśli. Ożywcza rzeka nihilizmu wybulgotała powtórnie z wilgotnego podłoża. Spójrz! Och, jak się błyszczy, niczym rumak Chaosu gnający poprzez nasze ugorem leżące ziemskie pola! Nietzsche służył rezolutnie, jako niezastąpiony przewodnik po tej wstrząsającej panoramie. Oto i on – jaki odważny, jaki samotny – stoi przed sceną i oświadcza: „Nie chwalę tu, nie ganię okoliczności, że nadchodzi on: sądzę, iż ma [teraz] miejsce jeden z największych kryzysów, chwila najgłębszego namysłu człowieka nad sobą: czy człowiek pozbiera się po nim, czy zapanuje nad tym kryzysem - pozostaje to kwestią jego siły – To możliwe”. Ależ tak, Herr Nietzsche, to możliwe; lecz ten twój sentyment zakłada z góry inny; mianowicie, że rozpoznamy ten kryzys. Czyżbyśmy rzeczywiście rozpoznawali? Czyżbyśmy, jak sugerujesz, naprawdę się nad tym zastanawiali? Na co nasz przewodnik, niczym ateński giez, reaguje pytaniem od siebie: „Czy nie jest tak, że wszystkie instytucje stworzone przez ludzi mają na celu uchronić nas przed odczuwaniem naszego życia, za pomocą ciągłego rozpraszania naszych myśli?” Ależ oczywiście! To dlatego rumak swawoli niezauważony przed naszymi rozbieganymi oczami. Otacza nas, przenika nas – jak promieniowanie. A jednak, jesteśmy niewrażliwi na jego obecność. Jesteśmy mistrzami wyparcia, wirtuozami rozrywki. Oczywiście, to nie Nietzsche wyczarował tę tryskającą rzekę nihilizmu; był tylko nieprzeciętną osobą, która widzi, a następnie wyznaje, że bluzgnęła ona spod podbrzusza społeczeństwa, a teraz rozpościera się obnażona przed wszystkimi, którzy mają oczy – i odwagę – by patrzeć. Ostatecznie jednak, nasz przewodnik, drogi, samotny Herr Nietzsche, wycofuje się do swojego kamiennego sanktuarium Wiecznego Powrotu, rozprostowuje nogi, i tyle go widziano.

Szczęśliwie, świeży przewodnik pojawił się u szczytu naszej oszałamiającej panoramy: Ray Brassier*. Słuchajcie uważnie i rozważcie to, co mówi: „Nihilizm nie jest … patologiczną eskalacją subiektywizmu, który anuluje świat i redukuje rzeczywistość do odpowiednika absolutnego ego, wręcz przeciwnie, nihilizm jest nieuchronnym następstwem realistycznego przekonania, że istnieje rzeczywistość niezależna od umysłu, która pomimo arogancji ludzkiej dumy, jest obojętna wobec naszego istnienia i niepomna 'wartości' oraz 'znaczeń', którymi staramy się ją udrapować, aby stała się miejscem znośniejszym do zamieszkania”. (Wszystkie cytaty Brassiera wzięte z Nihil Unbound). Popularnym tropem we współczesnych komentarzach nauk protagonisty jest to, że przeczył on istnieniu „rzeczywistości niezależnej od umysłu”. Ja sam twierdziłem tak gdzie indziej.

Zgoda, należy się wyjaśnienie. A wyjaśnienie pociąga za sobą dwuznaczność pojęć. Protagonista nie postuluje absurdu rzeczywistości niezależnej od umysłu – materialnego świata, który poprzedza i ostatecznie postdatuje ludzką egzystencję. On raczej czyni taki materialny świat nieistotnym. Nieistotnym w jakim sensie? Nieistotnym dla jego projektu uwalniania się od ludzkich patologii, które są następstwem egocentrycznych urojeń. Jednym z takich obejmujących cały gatunek, egocentrycznych urojeń, jest pogląd, że my ludzie, jesteśmy koniecznym, a nawet wiecznym, elementem świata. „Rzeczywistość niezależna od umysłu” do której nawiązuje Brassier, jest nazwą świata, którą geologowie, paleontologowie i astronomowie znają z wyników swoich badań. Jeśli chodzi o ludzką naturę i jej możliwości, to jesteśmy - jak wynika z tej perspektywy - tylko drobinami w przestrzeni, punkcikami w czasie, bez znaczenia na tle kolosalnej całości. Zakres interesujący protagonistę jest o wiele bardziej ograniczony. Jest bez porównywania mniejszy.

Mówi, że „To co wydarzyło się tutaj przed waszym przyjściem, i to co - jeżeli cokolwiek - nastąpi po waszej śmierci, to dla mnie brednie. Moją troską jest to, co czynić w obliczu bezustannie znikającego czasu/bycia”. Toteż, protagonista zaczyna opis ludzkiej subiektywności, uznając za rzecz oczywistą założenie, że istnieje rzeczywistość niezależna od umysłu – znana także jako świat fizyczny - wskazując zwyczajnie, że „istnieje forma” (rūpa). Dla protagonisty, forma składa się, jak to zwykle rozumiała starożytna fizyka, z ziemi (twardość), wiatru (rozszerzania się), wody (spoistości) i ognia (gorąca). „Świadomość” nie jest oddzielnym bytem; jest transparentnością, która powstaje i znika wraz z formą. Od stwierdzenia, że „istnieje forma”, protagonista przystępuje do sporządzania mapy obrazującej proces rozwijania się percepcji. Jedną z istotnych cech percepcji jest, jak naucza, to, że ona igra w formie. Z naszego punktu widzenia, percepcja poprzedza rzeczywistość, ponieważ, modeluje jedyną formę rzeczywistości, która interesuje protagonistę: rzeczywistość percepcyjną. Percepcja dokonuje tego w tym sensie, jak delfin – poprzez same swe działania, machanie płetwą, prychanie przednią tchawicą – formuje pierwotne wody, w których właśnie baraszkuje.

Czy ocean istniał przed pojawieniem się igrającego delfina? Czy ocean będzie istniał po tym, jak zniknie ostatni przedstawiciel rodziny delfinowantych (Delphinidae)? Ponieważ protagonista zainteresowany jest naszym konceptualnym „światowaniem” (papañca) – przypominającym baraszkowanie delfina – pytanie to dla niego nieistotne. To co istotne, to duma i draperie naszej arogancji: duma naszego mniemania, że jesteśmy kosmicznie ważnymi podmiotami, i wybaczalna, lecz posiadająca konsekwencje arogancja przypisywania światu znaczenia, wartości, celu – to znaczy, wszelkiego rodzaju doniosłości. „Natura” kontynuuje nasz nowy przewodnik „nie jest niczyim 'domem' … Filozofia [i dodajmy: buddyzm, religia, duchowość, joga, medytacja, itd.] postąpiłaby właściwie zaprzestając wydawania kolejnych nakazów ponownego ustanowienia sensu egzystencji, celowości życia, czy odnowienia zerwanego przymierza pomiędzy człowiekiem i naturą. Powinna starać się raczej być czymś więcej, niż tylko ukojeniem żałosnych dolegliwości ludzkiej dumy. Nihilizm nie jest egzystencjalnym problemem, lecz spekulatywną szansą”.

Określenie stopnia i zakresu w jakim jest to rzeczywiście szansa, to akurat zadanie, które należy do medytującego. Podjęcie się tego zadania, pociąga za sobą konieczność porzucenia otrzymanego w spadku sensu i celu. Sens i cel okazują się być niczym innym, jak tylko kolejnymi powtórzeniami myślenia; a która z was, bystrych, medytujących osób nie zauważyła, że „Interesy myślenia nie pokrywają się z interesami żyjących; a w rzeczy samej, mogą być i były przeciwstawiane tym ostatnim”. I wreszcie, do tych z was, którzy reagują odruchowo i mówią „nawet jeśli to prawda, musimy wzmacniać się przeciwko temu zagrożeniu; musimy domagać się nowych znaczeń; za wszelką cenę, musimy mówić tak!” rozważcie takie oto słowa: „Bezsensowność i bezcelowość nie są tylko czymś prywatnym; one reprezentują wzrost rozumienia. Unieważnienie sensu, celu i możliwości oznacza punkt, w którym 'horror' związany z niemożliwością zarówno bycia, jak i niebycia, staje się zrozumiały”. Czyżby?




* Rozmowa z Ray'em Brassierem - Kwartalnik "Kronos"