Nostalgia za Buddą





Odilon Redon "Budda"
Budda - pisze Glenn Wallis - to postać, która wypełnia współczesny, zachodni dyskurs o buddyzmie. „Budda” wykorzystywany jest do tego, aby potwierdzać i usprawiedliwiać najbardziej różnorodne twierdzenia i formy praktyki. W moich oczach, „Budda” reprezentuje stereotypowe rozdwojenie. Większość współczesnych świeckich nauczycieli, takich jak Sharon Salzberg i Jon Kabat-Zinn, przedstawia „miękką” wersję „Buddy”, tego, który zaspokaja potrzeby wyjałowionych klas średnich dwudziestego pierwszego wieku. Wersja ta obiecuje ratunek w postaci codziennej rewitalizacji, stanowi coś w rodzaju „prawdziwego szczęścia” albo spokoju w obliczu „stresu”. Tradycyjni nauczyciele przedstawiają zaś wersję „twardą”, która wywodzi się ze starożytnego buddyzmu i średniowiecznej Azji. Wersja ta forsuje wirtuozerski kataklizm, zwany „oświeceniem”, „satori” czy „nirwaną”.

Jaką rolę spełnia „Budda” na Zachodzie w dwudziestym pierwszym wieku? Nieustannie wynosi się go do rangi lekarza par excellence, który oferować ma lekarstwo przeciwko zżerającemu napięciu ciągle towarzyszącemu życiu w nieustannie przyspieszającym, technologicznym społeczeństwie. Jakiego rodzaju to lekarstwo? Gelassenheit w samym środku piekielnego samsarycznego wiru. To wszystko? Czy „Budda” jest współczesnym epikurejczykiem oczyszczającym ścieżkę ku eudajmonii, ogrodowi, w którym „pragnienie gasi się za pomocą naturalnego panaceum”? Można by tak pomyśleć, czytając współczesną literaturę. Starożytni także opowiadali o diamentowym umyśle buddy szlifowanym na odludnej leśnej polanie.

Obie wersje kwitną ze względu na odwieczną ludzką fantazję o uleczeniu. A konkretnie? Fantazję by być ochranianym przez duchowego księcia; by być odeskortowanym do naszego prawdziwego domu; by wydostać się z życia – i śmierci - bez szwanku.

Czy nie czas już, by pozbyć się tej naszej infantylnej nostalgii za „Buddą”? Ale w jaki sposób? Przecież jesteśmy w nim tak rozkochani. Spójrzcie tylko na miłość i szacunek jakimi darzy się „żyjących Buddów”, takich jak Dalajlama i Thich Nhat Hanh. Moja propozycja jest następująca: spekulatywny niebuddyzm, który oczyszcza ścieżkę z majestatycznych pomników dla ubóstwionego nauczyciela, tłumi buddyjskie wibrato i dławi jego przymusowe, jakkolwiek udzielane w dobrej wierze, charyzmaty. Ma na celu pokonanie tej nostalgii za Buddą i może wskazać nowy kierunek. Gotowi na następny krok?

1.

Budda wyobrażony

Buddyści wyobrażali sobie życie i osobę swojego czcigodnego założyciela przez dwa i pół tysiąca lat. Na dobrą sprawę od dnia w którym umarł - a prawdopodobnie już jakiś czas przed tym - wyznawcy Buddy, przepełnieni wzruszeniem, wspominali historię jego życia, przedstawiając ją w barwnych szczegółach. Początkowo, historia rozpowszechniała się w Indiach drogą ustną. Później, w formie pisanej rozpropagowana została przez mnichów oraz kupców na obszarze Azji i poza nią, i dotarła aż do Grecji i na Bliski Wschód. Dziś, dzięki o wiele bardziej zaawansowanym środkom przekazu informacji, podstawowe wątki historii życia Buddy stają się znane także na Zachodzie.

A oto i ta historia. We wspaniałym pałacu, w dziewiczych górach wschodnich Indii, nocą, podczas pełni księżyca, potężnemu królowi i pięknej księżniczce rodzi się mały książę. W czasie ceremonii nadania imienia, z lasu wyłania się jasnowidz i zapowiada, że książę stanie kiedyś przed trudnym wyborem: zostanie albo wszechpotężnym cesarzem albo wyrzekającym się świata mędrcem. Pragnąc dla swojego syna tego pierwszego, król zamyka księcia w swoim pałacu. Zakłada, że jeżeli rozpieści syna za pomocą wygód i przyjemności, spełniając każdą jego zachciankę, to książę nigdy nie będzie miał powodu, aby opuścić pałac, a tym bardziej, aby odwrócić się od świata. Lecz młody i ciekawy świata książę, decyduje się wraz ze swoim służącym na ryzykowny krok, postanawia wymknąć się do miasta. Realizując ten plan, po raz pierwszy w swoim życiu staje oko w oko z chorobą, starością i śmiercią. Odkrycia te stają się przyczyną wielkiego utrapienia księcia. Wpada w roztargnienie i ogarnia go dezorientacja. Jeżeli taki los czeka piękno tego świata, to jaki sens ma to wszystko? Jak mogę czerpać z życia przyjemność, będąc otoczony przez śmierć i zniszczenie? W trakcie ostatniego wyjścia widzi człowieka, którego twarz promienieje spokojem i zadowoleniem. Kiedy książę pyta służącego, kim jest ta osoba, służący odpowiada, że jest on świętym mężem, który przybył do miasta ze swojego leśnego schronienia, aby prosić o jałmużnę. Wypełniony nowym poczuciem sensu, chcąc rozwiązać zagadkę życia, książę decyduje się na to, aby uciec do lasu. Zaraz następnej nocy, w pełnię księżyca, kiedy jego żona i syn zapadają w sen, wykrada się z pałacu i kieruje się do lasu. Przez sześć trudnych lat praktykuje surowe umartwianie, co doprowadza go na skraj śmierci. Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa w jakim się znajduje, łagodzi swoją ascezę. W kwietniową noc, w pełnię księżyca, na nowo pokrzepiony, siada pod drzewem i zaczyna medytować. W trakcie ostatniej, dramatycznej bitwy z siłami Mary, lub Śmierci, książę pokonuje nienasycone pragnienia chuci, łaknienia i pożądania, i dokonuje głębokiego wglądu w naturę rzeczywistości. Oświecony, musi podjąć decyzję czy pozostać w osamotnieniu, w spokojnym lesie, czy dzielić się swoją mądrością z innymi. Po kolejnych wewnętrznych zmaganiach, postanawia wrócić do świata, jako „nauczyciel ludzi i bogów”. Po niemal pięćdziesięciu latach praktykowania i nauczania innych, umiera w wieku lat osiemdziesięciu, wstępując w wieczny błogostan nirwany.

Nie trudno odgadnąć jak kusząca mogła to być historia dla ludzi na przestrzeni wieków. Młody, rozpieszczony mężczyzna, ogarnięty gorączką młodości, z jej obietnicami radości i spełnienia, po raz pierwszy zapuszcza się w świat. Odkrycie jakiego dokonuje jest zarazem natury osobistej, jak i uniwersalnej. Stając twarzą w twarz przed brutalnymi prawdami dotyczącymi swojego życia, protagonista uświadamia sobie coś, co charakteryzuje całą egzystencję. Podobnie, jego ostateczne rozwiązanie podwójnego problemu nietrwałości i bólu egzystencji, jest również czymś, co dotyczy wszystkich bez wyjątku. Nim jednak dojdzie do tego rozwiązania, musi pokonać potężne siły, tak w sobie, jak i w środowisku, w którym żyje. Dzięki niemal nadludzkiemu wysiłkowi dokonuje tego – po czym postanawia żyć dalej, aby móc nam o tym opowiedzieć.

Jednym ze sposobów rozumienia historii życia Buddy, jest traktowanie jej, jako opowieści o dojrzewaniu, opowieści o niewinności i zdobywaniu doświadczenia. Jakby nie było, to czego dowiedział się młody książę o krótkotrwałości życia i trudności z nim związanych, pojawia się wraz z dorosłością. Zaś osiągnięte przez niego oświecenie można, między innymi, rozumieć zwyczajnie jako dojrzałą mądrość w wersji wyolbrzymionej. Możliwym jest także rozumienie tej historii, jako formy klasycznej sagi o bohaterze wyruszającym w podróż. W opowieści tego typu, bohater wzywany jest na pełną niebezpieczeństw przygodę, starannie inicjowany do nowych form wiedzy, po czym triumfalnie powraca i zaczyna nauczać innych tejże wiedzy, co przyczynia się do ulepszenia świata. W jakikolwiek sposób historia ta miałaby być rozumiana, jest ona opowieścią napawająca wielką nadzieją. Emerson pisał, że każdą odkrywczą osobę cechują dwa absorbujące fakty: Ja i otchłań. Bycie człowiekiem oznacza uparte trwanie przy życiu, to bycie odczuwającym, pożądającym, poszukującym szczęścia podmiotem znajdującym się na drodze wiodącej ku rozpadowi, śmierci i ostatecznie … kto wie: raju? odrodzenia? wiecznego zapomnienia? Dzień jutrzejszy spowija ciemność, a co dopiero nasz ostateczny koniec. Mówi się, że historia życia Buddy bez zbędnych sentymentów uwypukla fakty dotyczące choroby, starzenia się oraz śmierci i jednocześnie zawiera w sobie sposoby radzenia sobie z nimi. Opowieść ta umacnia nas w przekonaniu, że podobnie jak Budda, możemy się jakoś wydostać z życia i śmierci, bez szwanku.


2.

Wyleczcie się ze swych nostalgii … Pozwólcie działać chwili, sprawcie, by zreabsorbowała wasze mrzonki.

– E.M. Cioran, Pokusa istnienia


To nie jest historia, która mnie satysfakcjonuje. Rozgrzewa mi serce, tak, i poprawia humor; lecz nie uszczęśliwia. Nie satysfakcjonuje mnie z dwóch powodów. Po pierwsze, jako długoletni badacz indyjskiego buddyzmu, wiem dobrze, że nie istnieje żaden dowód potwierdzający cokolwiek z tego o czym ta historia opowiada. Nie mogę też przeoczyć faktu, że opowieść ta, jak się powszechnie sądzi, wyszła spod pióra – i bujnej wyobraźni - człowieka, który nazywał się Ashvaghosha. Ashvaghosha żył w pierwszym lub drugim wieku naszej ery. Był światowej klasy poetą, który podjął się wielkiego twórczego wyzwania, by ukazać historię Buddy w stylu popularnej w jego czasach górnolotnej literatury, czyli kwiecistej sanskryckiej poezji. Opierając się na podstawowych matrycach, których tradycja dostarczała przez wieki, Ashvaghosha, jak czynią to poeci, upiększył, uwydatnił, rozszerzył, a gdzie to było konieczne, wymyślił na podstawie istniejących strzępów informacji, cokolwiek uważał za przydatne dla swojego dzieła sztuki. To co stworzył i zatytułował Buddhacharita - lub inaczej Żywot Buddy - było dziełem monumentalnym. Ashvaghosha był tak dobry w tym co robił, że, oto, dwa tysiące lat później, wspominamy jego opowieść. Poeta jednak nie może być obwiniany za to, że odczytujemy jego twórczość jako biografię. Zatem, dlaczego to robimy?

Jakkolwiek niesatysfakcjonująca byłaby ta opowieść dla mnie, jako badacza buddyzmu, zawodzi mnie ona jeszcze bardziej, jako prostego człowieka próbującego znaleźć w życiu sens. Zastanawiając się nad powodami owego nieusatysfakcjonowania, myślę, że mogę to w jakimś stopniu zrozumieć, próbując wyjaśnić, dlaczego upieramy się przy opowiadaniu sobie i innym wyssanych z palca relacji o życiu Buddy, i dlaczego potrzebujemy narracji alternatywnej.

Na wstępie, zgadzam się z Emersonem w tym, że nasi życiowi przewodnicy, nasi „wielcy mężowie”, jak ich nieco ironicznie nazwał, „muszą być z nami spowinowaceni a wtedy nasze życie otrzymuje dzięki [nim] jakąś nadzieję na wyjaśnienie”. Ten wniosek jest dla mnie sensowny; jak inaczej miałby spełniać się jako mężczyzna lub kobieta w roli życiowego przewodnika? Ale postać Buddy, jaką otrzymaliśmy nie jest w rzeczywistości ani mężczyzną, ani człowiekiem, a jeśli nim jest, to ledwo co. Nie on jest z pewnością życiowym przewodnikiem. Bo kto może się z nim równać? Jeśli jest wielki, to jest zbyt wielki. Jest kimś zbyt Oświeconym, jest Błogosławionym, wszystkowiedzącym Mędrcem. Budda przejawia zbyt mało właściwości, jakie posiadamy ty i ja – prawdziwi ludzie. Co przykładowo stało się z jego pragnieniem, nadzieją, cynizmem, rozczarowaniem, osamotnieniem, smutkiem, żalem, niepewnością? Co stało się z jego przyjemnością, jego tęsknotą, być może nawet pożądaniem za pięknymi ludźmi oraz rzeczami, które go otaczały? Pokrótce, co stało się z jego człowieczeństwem, z jego więzią z naszym światem?

Wielu czytelników może myśleć: Wszystko to dokonało się w wyniku jego oświecenia; jego oświecenie wykorzeniło pragnienie i pozwoliło odkryć błogostan oraz spłukało wszystkie ludzkie ułomności, wskutek czego zespolił się z wielkim światem. Chcąc odpowiedzieć na to odwieczne, uporczywe i szeroko rozpowszechnione wierzenie w istnienie nadzwyczajnych istot ludzkich, chciałbym zacytować obszerny fragment eseju Émila Ciorana. Sądzę, że Cioran wyraża jednocześnie to powszechne pragnienie, jak i towarzyszące mu rozczarowanie, które ożywia nasze religijne/duchowe poszukiwania.



W POSZUKIWANIU NIE-CZŁOWIEKA



Długo i uporczywie poszukiwałem kogoś, kto wiedziałby wszystko o sobie i bliźnich, mędrca-demona obdarzonego zdolnością boskiego jasnowidzenia. Za każdym razem, gdy wydawało mi się, że go znalazłem, po zbadaniu sprawy doznawałem rozczarowania: nowy wybraniec posiadał jakąś skazę, jakiś czarny punkt, jakiś trudny do określenia zakątek nieświadomości czy słabości sprowadzający go do poziomu zwykłych śmiertelników. Postrzegałem w nim ślady pragnienia i nadziei, szczyptę żalu. Najwyraźniej jego cynizm był niekompletny. Co za rozczarowanie! Dalej prowadziłem zatem moje poszukiwania i zawsze dane mi było stwierdzić, że moi chwilowi idole czymś grzeszyli. Obecny był w nich człowiek, uszminkowany lub skrzętnie ukryty. Wreszcie pojąłem despotyzm Gatunku i postanowiłem nie marzyć już o nie-człowieku, o potworze, który byłby całkowicie przeniknięty swą nicością. Szaleństwem byłoby przypuszczać, że istnieje, gdyż absolutna świadomość jest nie do pogodzenia z rzeczywistością organów. (Z eseju „Wściekłości i rezygnacje” w Pokusa istnienia)

Najwyraźniej, zważając na religijną historię świata, skrajny stan szaleństwa nie zawsze jest potrzebny w przypadku takich koncepcji, takich tęsknot jak te za „mędrcami-demonami”. Zwyczajne człowieczeństwo wystarczy. Tekst ten podejmuje się zrewidowania życia człowieka, którego nazywamy Buddą w sposób, który zgodny jest z „rzeczywistością organów”. Dzięki takiemu podejściu, pojawi się ludzka postać tam, gdzie kiedyś był mędrzec. Ceną za to może być „absolutna świadomość” – to znaczy, niepodważalny wzór prawości lub dobroci. Ale dzięki temu, być może, zyskamy niezafałszowaną historię życia pełnego pasji.


3.

Richard Robinson, wiodący dwudziestowieczny badacz buddyzmu, ujął to zwięźle w następujący sposób: „Poszukiwanie obiektywnego Gotamy [Buddy], podobnie jak historycznego Jezusa, skazane jest na niepowodzenie. Nie możemy zajrzeć za portret założyciela, który jest wynikiem syntezy dokonanej przez wczesne wspólnoty; wszystko co posiadamy to jedynie ich relacje”. (The Buddhist Religion)

Możemy nie być w stanie wniknąć za te pobożne relacje, lecz możemy czytać pomiędzy wierszami. Robinson twierdzi, że w rzeczywistości, religijne księgi – pisma – są zafałszowane. Podobnie jak Chrystus z Biblii (w przeciwieństwie do historycznego Jezusa) czy jak literacka postać Platona, „Sokrates”, postać nazywana „Buddą” została wpisana w pierwotny materiał źródłowy. „Budda” jest idealizacją człowieka nazywanego Siddhatthą Gotamą (Siddhartha Gautama w sanskrycie).

Nie znaczy to, że w postaci tej nie można doszukać się śladu krwi i kości lub że jego nauki, tak jak zostały zapisane, nie są autentyczne. Lecz jak możemy rozróżnić pomiędzy postacią literacką i historyczną osobą? W jaki sposób możemy przybliżyć się do rzeczywistej osoby, na której opiera się pobożny portret tworzony przez wspólnotę?

Ustalenie tego, dlaczego różnica pomiędzy osobą a bóstwem wpisana jest w historię od samego jej zarania, pomoże nam dostrzec drogę naprzód. Pierwsze zadanie jakie stoi przed wyznawcami jakiegokolwiek nauczyciela, czy to w Grecji, Rzymie, Arabii, Indiach czy USA, jest dwojakiego rodzaju: propagowanie nauk i ich zabezpieczanie. Jednakże rozstrzygające znaczenie tego pierwszego celu, w drastyczny sposób wpływa na ten drugi. To znaczy, że propagowanie jest darwinowską walką rywalizacji i adaptacji; samo angażowanie się w tę walkę kształtuje formę zabezpieczenia. Rozprzestrzenianie nauk Gotamy wymagało od jego wyznawców tego, by osiągać sukcesy współzawodnicząc w zażartej rywalizacji z siłami wywodzącymi się z kilku obozów. Najbardziej decydująca – i bezlitosna – walka skupiała się na zdobywaniu patronatu. Bez wsparcia wiodących postaci społecznych, wspólnota nie miała szans na przetrwanie. Patronat obejmował nie tylko finansowe i materialne wsparcie, lecz na nim także opierał się społeczny prestiż. Ten ostatni był w szczególności ważny dla wspólnoty takiej jak ta Gotamy, która kwestionowała dominującą wtedy ortodoksję. Trwała również walka z rywalizującymi nauczycielami i wrogimi sektami, które twierdziły – i obiecywały – że ich nauki były odmienne i bardziej atrakcyjne niż nauki Gotamy. Buddyjska literatura jest pełna świadectw takich walk. Ujawnia również niezwykłe wewnętrzne napięcia, które narastały w wyniku potrzeby utrzymywania jedności i morale. Co więcej, wkrótce wspólnota Gotamy zmuszona była stawić czoła tym potężnym wyzwaniom będąc pozbawiona swojego charyzmatycznego nauczyciela.

Powszechną strategią w tej walce o uznanie, kiedyś jak i teraz, jest przedstawianie mów, dyskursów, dialogów, wykładów, zaskakujących powiedzeń, itd., w postaci „sakralnej” lub „religijnej” literatury. Nazywam tekst „religijnym”, jeżeli tekst lub jego orędownicy domagają się tego, aby źródło tej pracy oraz jej zawartość uznane były za posiadające specjalną jakość - posiadaną przez jej twórcę - która w zasadniczy sposób istnieje poza prawami natury, i stąd, pozostaje kategorycznie poza zasięgiem dla zwykłej osoby.

Jeżeli dobrze się orientuję, nie istnieje kult Mozarta. Fakt, postrzegamy go jako muzycznego geniusza. Lecz nikt poważnie nie twierdzi, że jego muzyka była zainspirowana w cudowny sposób, to znaczy, że wywodziła się z czegokolwiek innego niż ludzkie zdolności. Jeżeli mówimy o osiągnięciach Mozarta posługując się terminologią religijną (że jego muzyka jest transcendentna, sakralna, święta, objawiona, pozaświatowa, itd.) to czynimy to w sposób figuratywny, poetycki, próbując dopasować język do zapierających dech naturalnych osiągnięć.

Utrzymuję, że wyznawcy Gotamy (a być może sam Gotama) świadomie podjęli decyzję, aby przedstawiać jego nauki przy pomocy pojęć jawnie religijnych. Tego rodzaju zmiana – z języka świeckiego, naturalistycznego i zdroworozsądkowego, na sekciarski, nadprzyrodzony, pozazmysłowy – wymagała tego, aby strażnicy nauk, łączyli podstawowe nauki z pewnymi ornamentami. Ornamenty te – oprawa, zarozumiałość, retoryczne konstrukcje, pozaświatowi interlokutorzy, wzbudzające podziw cuda, pozazmysłowe postrzeganie – informują czytelnika lub słuchacza o niesamowitych, a nawet demonicznych siłach tkwiących w tychże naukach. W najgorszym razie, ozdoby tego rodzaju skupiają uwagę, wzbudzają pewność siebie i stanowią przekonywający argument. Jedynie w ten sposób wspólnota Gotamy mogła pozyskać patronat, konieczny dla dalszego prosperowania. 




Pokusa istnieniaE.M. Cioran, w przekładzie Krzysztofa Jarosza