Uważne mydlenie oczu w eterze




Po pierwsze, pamiętaj abyś nigdy nie osądzał!
Słuchając audycji radiowej emitowanej ostatnio w Radiu TOK FM, w której wystąpiła Jolanta Berezowska, psychiatra, „trener uważności”, można zastanawiać się z czego właściwie wynikają niekończące się zapewnienia przemysłu uważności, że ta „terapia” par exellence, nie zawiera w sobie żadnych „aspektów religijnych” (2:13 min)? Co więcej, skąd to usilne dystansowanie się od buddyzmu, skoro sam ojciec-założyciel Kabat-Zinn mówi otwarcie o swojej adoracji „Dharmy”? Czyżby chodziło o względy czysto komercyjne, koniunkturalne – chęć uniknięcia niewygodnej łatki, mogącej obniżyć wartość serwowanych zestawów McMindfulness, a przez to uniknąć podejrzeń ze strony potencjalnej klienteli - głównie nowego polskiego mieszczaństwa - które bogacąc się dzisiaj i „cywilizując”, chce mieć jak najmniej wspólnego z czymkolwiek co trąci religijnością, a jak już coś, to ewentualnie, i niestety tylko pozornie niewinnie, identyfikuje się z jakże dziś modną mgławicową duchowością?


W jaki więc mniej więcej sposób, pomimo upartego zaprzeczania ze strony uważnych" ekspertów,  manifestuje się ten krypto-religijny, maniczny „aspekt", a raczej, fetysz „praktyki uważności”? Otóż przykładowo, kiedy pojawia się pytanie o porównanie „uważności" z treningiem relaksacyjnym (14:30), Berezowska natychmiast zdecydowanie odcina się od wspomnianej przez jej rozmówczynię metody. „Jaka jest różnica?", pyta zdziwiona i kontynuuje: „A jest różnica i to istotna. To nie jest relaks. Może być relaks ale w relaksie o coś chodzi. A o co nam chodzi? Na przykład aby się lepiej poczuć. Albo żeby się mięśnie rozluźniły. A tutaj nawet o to nie chodzi. Tylko obserwuję to co jest, ze zgodą na to co jest. Z takim przyzwoleniem. Jest to jest. Jest relaks - OK. Nie ma relaksu - to jest, co jest". Wow! Wzdycha onieśmielona pani redaktor, nie potrafiąc zapewne powstrzymać swojego zdumienia jakie wzbudziła w niej niezwykła głębia, epifaniczna wręcz prostota, manifestująca się w słowach „uważnej" ekspertki. Ekspertka, niewzruszona, przerywa moment zadumy pani redaktor i zwieńcza swoją światłą wypowiedź dodając jeszcze: „Obserwuję z jakimś rodzajem ciekawości, jakimś rodzajem przyzwolenia, zgody, że to tak jest. Nie osądzam tego. Nie uciekam od tego".

Zatem, podążając za wykładnią Berezowskiej, w praktyce uważności - nazywanej przecież również MBSR, czyli treningiem redukcji stresu - nie chodzi nawet o sam relaks. O co więc właściwie chodzi? Skąd pomysł epatowania szerokiej publiczności takimi pustymi, w zasadzie niewiele mówiącymi pojęciami, jak „uważność". A może faktycznie jest tak jak pisze Glenn Wallis:

Myślę, że nie bez znaczenia jest fakt, że twórca terminu „pusty znak”, francuski antropolog Claude Lévi-Strauss (1908-2009), posłużył się polinezyjskim terminem mana, aby zaprezentować przykład takiego „pustego” znaku. Mana była szeroko wykorzystywana przez wyspiarzy na Pacyfiku, aby określać tajemniczą, niepoznawalną, niewidoczną „materię” życia. Im więcej mana posiadałeś, tym potężniejszy byłeś; im potężniejszy byłeś, tym większym dobrobytem się cieszyłeś. W szczególności poszukiwani byli ludzie, którzy wiedzieli jak zdobywać mana. Podobnie jak wielu współczesnych kapłanów, guru, psychologów, nauczycieli medytacji, itd., ludzie ci twierdzili, że wiedzą jak manipulować i przyswajać sobie tajemniczą, przypominającą eliksir „materię”, która przenika całe życie. Współcześni antropologowie zaobserwowali, że wierzenia przypominające mana, można znaleźć we wszystkich kulturach, włączenie z tym, co my „cywilizowani” ludzie nazywamy religią. Tym samym mana, jak zaobserwował Lévi-Strauss, stała się zwyczajnie czymś, co „wyjaśnia” zbyt wiele w ludzkiej kulturze. Faktycznie, wszystko co miało do czynienia z mocą czy ruchem mogło być oznaczone za pomocą „mana”. Możliwym jest zatem, że „uważność” jest jak owa „mana” w swoim byciu zarazem amorficznym, pustym znakiem, i jednocześnie takim, który unosi się wokół czegoś, co przywodzi na myśl „ożywczy eliksir życia”?  


A może przyczyną tego fetyszyzowania „uważności" jest zwyczajna ignorancja panująca wśród polskich psychoterapeutów, odnośnie historii idei oraz szerszego kontekstu kulturowego nowożytności, w której to doszło do bezprecedensowego w dziejach przemieszania prądów myślowych „Wschodu” i „Zachodu”? Jeśli za beztroskim wychwalaniem eliksiru uważności" stoi rzeczywiście taka ignorancja, to nigdy nie jest za późno, aby swoją niewiedzę zrewidować i być może wreszcie przestać publicznie mydlić ludziom oczy.


Czyż nie uczciwiej, „uważni” psychoterapeuci, zamiast posługiwać się wytrychem „uważności", byłoby zwyczajnie przyznać się do tego, że problemy ze stresem sporej części waszej klienteli - mającej za pomocą infantylnych metod w rodzaju „ssania rodzynka” chwytać fantomowe „tu i teraz” i przez to elastycznie zakotwiczać się w ciągle umykającej i stresującej teraźniejszości – wynikają, jak twierdzi choćby Slawoj Žižek z przyczyn ekonomicznych, ideologicznych czy politycznych (np. hegemonia neoliberalizmu)?

Przecież źródło znacznej części tych symptomów leży nie w jakimś „wnętrzu” czystej świadomości, do którego można się dostać za pomocą sprzedawanej przez was krypto-religijnej „uważności”. Jest wręcz przeciwnie, źródło to można zlokalizować, i przez to starać się realnie zmienić, tylko i wyłącznie na „zewnątrz”, czyli wspólnie, w przestrzeni symbolicznej, a konkretnie na arenie polityczno-ekonomiczo-społecznej, gdzie materializuje się akurat dominujące imaginarium ideologiczne. To nieco trudniejsze niż wsobne i doskonale wpisujące się we wszechobecny dziś konsumpcjonizm, ssanie opium czystej świadomości, prawda? Ssanie teraźniejszości, które w domniemaniu, stać się ma namiastką metody mającej zapobiec postępującemu Weberowskiemu „odczarowywaniu” rzeczywistości, metody która niestety, niejako rykoszetem, odbija się na tak dziś pożądanym procesie upodmiotowienia zdezorientowanych jednostek zmagających się z płynną nowoczesnością. Rezultat tej metody jest taki, że amatorzy "uważność", błądzący w spluralizowanym świecie wartości i idei, zamiast aktywnie demaskować historyczno-ideologiczne korzenie zamieszkiwanej przez siebie stresującej nowoczesności, łudzą się, że dzięki krypto-religijnej metodzie terapeutycznej znajdą dla siebie schronienie w cudownej jaskini „Doświadczenia Tu i Teraz”, jak niegdyś bez skutku próbowali je odnaleźć w katolickich kościołach.

Na koniec zapytam jeszcze, czy nie uczciwiej byłoby przyznanie się do tego, że „empiryczne” zalety tej metody są w najlepszym razie jedynie pośrednie, tak jak pozytywne empirycznie w sposób pośredni może być codzienne odmawianie pacierza (a tak na marginesie, nie tylko medytacja zwiększa rzekomo grubości warstwy korowej i stymuluje neuroplastyczność mózgu, o czym obowiązkowo, na modłę całego światowego przemysłu uważności, wspomina w wywiadzie Berezowska - zdobywanie kolejnych poziomów w
grach komputerowych może mieć podobny efekt)?