Przemysł uważności








Jest to kontynuacja poprzedniego wpisu pt. „Eliksir uważności”, który chciałbym poszerzyć o dodatkowe wyjaśnienia jakich Glenn Wallis udziela w ciągu komentarzy pod swoim esejem.


Padło pytanie: „jeżeli [trening uważności] zachęca ludzi do medytowania, to w czym rzecz”? Posłużyłem się określeniem „moloch uważności”, ponieważ „uważność” dosłownie pochłania i zastępuje inne tradycyjne, a nawet bezwyznaniowe formy medytacji. Posłużyłem się terminem „przemysł uważności”, ponieważ działa on w określony sposób: wygłasza wielkie afirmatywne proklamacje z bastionów władzy (szpitali, uniwersytetów, O Magazine); funkcjonuje w oparciu o niejasne, pogmatwane układy – mindful.org opiera się o tę samą korporacyjną maszynerię, co Shambala Sun i Buddhdharma Magazine; tworzy naukową fasadę dla podbudowania swojego prestiżu, a jednocześnie ukrywa krytyczne ewaluacje. Jednym z rezultatów tej sytuacji jest to, że coraz częściej, uważność nie prowadzi do praktyki medytacji.

Teraz przytoczę kilka dalszych uwag, które pozwolą lepiej zorientować się, dlaczego tak podejrzliwie patrzę na twory w rodzaju MBSR, program zarządzania stresem uniwersytetu Pensylwania, mindful.org, medytacja uważności, i tym podobne.

Obserwuję fenomen „uważności” z dość bliska przez wiele już lat. Przykładowo, proszono mnie, abym służył jako niezależny recenzent przy sporządzaniu kilku protokołów badań, których przedmiotem była uważność, oraz byłem osobiście mocno zaangażowany w jedno z tych badań; Byłem proszony o zrecenzowanie książki pt. Teaching Mindfulness (odmówiłem, ponieważ jednym z autorów był adiunkt, a innym, absolwent programu, któremu przewodniczę); prowadziłem warsztaty medytacji dla grup stażystów mających za sobą kurs MBSR; około tuzina moich kolegów, byłych studentów, obecnych studentów przeszło trening uważności – kilka z tych osób jest już samodzielnymi trenerami.

Z tej perspektywy moje ogólne wrażenie jest takie, że uważność jest „cesarzem bez szat”. Przykładowo, moje podejrzenia jeśli chodzi o badania naukowe prowadzone nad uważnością pojawiły się wtedy, kiedy czytałem sporządzone na ich podstawie protokoły. Natrafiałem na te same wzorce powtarzające się w każdym przypadku; mianowicie, na tyle na ile mogę to rozróżnić, były one przekonujące od strony naukowej i żałośnie słabe, jeżeli chodzi o medytację uważności. Za każdym razem mówiłem naukowcom „to co tutaj badacie, jest tym samym, co dzieje się kiedy ktoś siedzi na krześle w bezruchu i w milczeniu przez dwadzieścia minut”; lub „to, co tutaj badacie lepiej określić mianem skupienia a nie uważnością”, itd. W jednym przypadku, przekonałem badaczkę, aby zmieniła swoje deklaracje mówiące o „efektach uważności” na „efekty uwagi”. Inny badacz powiedział mi, że naukowcy, których zna, byli wielce niezadowoleni z „definicyjnych niedociągnięć” uważności wywodzącej się z MBSR, lecz mimo to zmuszeni byli do tego, aby posłużyć się modelami MBSR, ponieważ tak postąpiono w istniejącej masie krytycznej badań. (Najwyraźniej rodzaj naukowego Paragrafu-22)

Zatem, najistotniejszą kwestią pozostaje dla mnie pytanie: co dokładnie mierzone jest, kiedy „uważność” poddawana jest testom? Na tyle na ile mogę stwierdzić, odpowiedź zawsze dotyczy czegoś konkretnego i dość zwyczajnego, takiego jak (biorę te przykłady z faktycznych badań) głębokie oddychanie, rytmiczne oddychanie, oddychanie przeponowe, podtrzymywanie skupienia, uwaga, zwiększona wrażliwość na otoczenie, trwanie w bezruchu, mentalne/emocjonalne monitorowanie, samoświadomość, podwyższona świadomość, itd. Przeprowadzam ze studentami następujący eksperyment. Nie wolno im używać słowa „uważność”, co zmusza ich do posługiwania się bardziej precyzyjnym językiem. To, co proponują jest zawsze czymś bogatszym, bardziej ekspresywnym oraz, według mojej oceny, bardziej szczerym niż termin „uważność”, który jest wprawdzie bardziej wygodny w użyciu, lecz jednocześnie, jak się okazuje, jest terminem pustosłownym. Tym samym, dostrzegam tutaj nakładanie się na siebie paru kwestii, z których przypuszczalnie każda działa na niekorzyść pozostałych: terminologiczna dwuznaczność, kulturowe klisze, fabrykowane przyzwolenie, naukowe nieścisłości.

Zdarzyło się ostatnio, że ktoś przypadkowo przesłał mi link do bloga organizacji Body in Mind Research Group, mającej swoją siedzibę w The Sansom Institute for Health Research na uniwersytecie południowej Australii oraz w Neuroscience Research Australia w Sydney. Twierdzi się tam, że „najnowsze wydanie pisma PAIN zawiera artykuł poświęcony randomizowanej próbie kontrolnej, który sugeruje, że "uważność" jest tak samo skuteczna w przypadku fibromyalgii, jak oczekiwanie pacjentów w kolejce”. Badanie, które cytują zostało przeprowadzone przez Alexa Zautra, profesora psychologii klinicznej z uniwersytetu stanowego w Arizonie. Jak na dzień dzisiejszy, można stwierdzić, że pojawia się coraz większa ilość naukowego krytycyzmu dotyczącego badań MBSR.

„Uważność” może zwyczajnie okazać się współczesną wersją starożytnego poszukiwania panaceum. Konkluzja - że chodzi tu o coś przypominającego fantazję o uleczeniu, tak ze strony naukowców, jak i ludzi praktykujących uważność - zdaje się nieunikniona. Podobnie jak w przypadku akupunktury, widmo efektu placebo prześladuje badania nad uważnością. We wstępie do nowego wydania Contemporary Buddhism, Jon Kabat-Zinn pisze: „Artykuł Ruth Baer [zamieszczony w tejże publikacji] prezentuje przekonywującą oraz mocną empirycznie alternatywną perspektywę. Autorka, opierając się na faktach naukowych, artykułuje fundamentalne wyzwanie jakie stawiają przed nami medycyna i psychologia: że musimy brać pod uwagę możliwość ustalenia dlaczego coś, co wydaje się powodować zmianę, działa w taki a nie inny sposób, i tym samym badać, wykorzystując wszystkie posiadane przez nas uzasadnione metody, to jakie procesy mogą się do tego przyczyniać. Jest to ważne dlatego, ponieważ większość terapii posiada pewne korzystne efekty, które mają niewiele wspólnego z tym, co klinicysta w rzeczywistości uznaje za decydujący element. Jest nim często oczerniany i niedoceniany efekt placebo. Efekt placebo jest jednym z najskuteczniejszych działających efektów w medycynie. Ogólnie rzecz biorąc, nauczyciele i terapeuci są niechętni, aby uznać fakt, że efekt placebo posiada potencjalny wpływ, ponieważ wszyscy preferujemy założenie, że to nauczanie oraz terapia, którą oferujemy, była tym, co spowodowało transformację w życiu naszych pacjentów. Efektem badań wyjaśniających to, co jest tego rzeczywistą przyczyną może większa powściągliwość wszystkich zainteresowanych”.

Otóż to, powściągliwość. Ale ostatecznie wszystko to należy pozostawić do oceny naukowcom. Natomiast biorąc pod uwagę subiektywne doświadczenie, porównanie pomiędzy treningiem uważności i długoterminową, rygorystyczną praktyką medytacyjną, stawia ten pierwszy raczej w kiepskim świetle. Trening uważności może być dobrą przepustką do świata medytacji, ale to wszystko. Stwierdzam, że uczestnicy kursów uważności, z którymi miałem do czynienia, byli wyjątkowo słabo przygotowani do zaangażowania się w to, co ja uważam za „medytację”. Przykładowo, właściwie bez wyjątku, wszyscy oni nie potrafili siedzieć nieruchomo przez trzydzieści sekund bez zmieniania pozycji ciała; posługiwali się schematycznym, grupowym – i stąd w mojej opinii, nieszczerym lub co najmniej wymijającym – słownictwem oceniając swoje doświadczenia podczas siedzenia; skłonni byli do cackania się ze sobą; nie udzielali pierwszeństwa procesowi, lecz koncepcjom takim jak czysta świadomość [bare attention], nieosądzanie, niereagowanie (ponieważ proces ujawniłby problematyczną naturę ich koncepcji) i wiele innych. Nie jestem zainteresowany medytacją w wydaniu macho; i jestem wyczulony na większość buddyjskiej retoryki dotyczącej medytacji. Uważam jednak, że podstawowymi kryteriami, aby praktykę móc nazwać właśnie medytacją – w przeciwieństwie do siedzenia na wygodnym krześle - są cisza i bezruch.

Nie wątpię, że możemy wzmocnić nasze ludzkie doświadczenie przez, przykładowo, uwrażliwianie się na swoje otoczenie, rytmiczne i przeponowe oddychanie, zwracanie uwagi na własne tendencje do osądzania, wystrzeganie się nawykowego reagowania, itd. Nic jednak z tego nie jest „uważnością”. A czym jest? Właśnie tym czym jest: rytmicznym oddychaniem, zwracaniem uwagi, itd. Czy naprawdę musimy wspierać wartą miliony dolarów, instytucjonalnie obwarowaną modę, aby krzewić nowinę mówiącą o wartości prostych ludzkich umiejętności? Moja matka cierpi na chroniczny ból spowodowany przepukliną dyskową. Próbowała wszystkiego, aby zmniejszyć ból, akupunkturę, masaże, elektroterapię, i..., tak, praktyki bazujące na uważności (Shinzen Young, MBSR, Redukcja stresu). W międzyczasie, nauczyłem ją prostego ćwiczenia oddechowego. I do dzisiaj powtarza, że to proste ćwiczenie oddechowe pomaga jej lepiej, niż wszystko inne wzięte razem do kupy.

Mam taką propozycję, czy moglibyśmy przynajmniej zastosować moratorium wobec przemysłu uważności? Uczynienie tego mogłoby stworzyć spekulatywną szansę. Mogłoby w zamian zmusić nas do pogłębiania rozumienia prostych, codziennych, naturalnych zdolności „uzdrawiających” lub zdolności wzbudzania dobrego samopoczucia, czy bycia obecnym, które już posiadamy, i które zawsze posiadaliśmy będąc ludźmi. To co odkryjemy może być o wiele bardziej rozczarowujące niż to, w czym stara się nas utwierdzić przemysł uważności. Niemniej, myślę, że będzie to bardziej prawdziwe – oraz zdecydowanie mniej kosztowne! 



Źródło: Speculative Non-Buddhism (patrz: komentarze, szczególnie #8 i #13)