Buddyści z Krainy Oz?






Niejako w nawiązaniu do poprzedniego wpisuponiżej przedstawiam kolejny krótki esej Glenna Wallisa, który posługując się odkryciami nauk poznawczych, spekuluje na temat tego, co właściwie sprawia, że buddyjscy nauczyciele wzbudzają u swoich uczniów tak wielkie zainteresowanie własną osobą. Choć dla wielu wyznawców odpowiedź na takie pytanie zdaje się być oczywista, niemniej nauki poznawcze ujawniają to, że te często intuicyjne wyjaśnienia opierają się na działaniu głębszych, naturalnych mechanizmów postrzegania, które często zawłaszczane są przez systemy religijne. Mechanizmy te działają niezauważone pod grubą warstwą „zdroworozsądkowych” opinii i racjonalizacji ludzi wierzących. Pierwotnie jednak nie miały nic wspólnego z celami, jakie od stuleci propagują znane nam doktryny religijne. 


Sakyong Mipham Rinpoche
Czy buddyjscy nauczyciele posługują się taumaturgią? Jeżeli tak - proszę, bądźcie wyrozumiali; to nie ma być złośliwe pytanie – to czy mogliby stanąć w szranki z Czarnoksiężnikiem z Krainy Oz? Przy pomocy silnie oddziałującej na zmysły ceremonialności i innych pobudzających parafernalii, Czarnoksiężnik z Krainy Oz pozorował posługiwanie się cudotwórczymi mocami. Czy buddyjscy nauczyciele postępują w podobny sposób?

Najnowsze badania nauk poznawczych sugerują, że tak w istocie się dzieje. Jednak badania te sugerują, że nauczyciele ci czynią to w subtelny, ledwie zauważalny sposób. W artykule pt. „Exploring the Natural Foundations of Religion” Justin Barrett prezentuje dowody na to, że „kulturowe zjawisko typowo określane mianem 'religii', rozumiane może być jako wytwór zwyczajnych, działających wespół zdolności poznawczych”. Dla przykładu, Barrett pyta o to, czy pojęcie-bóg aż tak bardzo różni się od pojęcia-goryl albo czy wykonywanie religijnego rytuału faktycznie różni się od wysyłania kartki z pozdrowieniami dla przyjaciela. Dane dostarczane przez nauki poznawcze odpowiadają na te pytania przecząco. Mam nadzieję, że posłużycie się artykułem Barretta i zastosujecie płynące z niego wnioski rozpatrując różne aspekty buddyjskiej praktyki, takie jak rytuały dewocyjne, obchodzenie się z artefaktami czy skuteczność, którą przypisuje się medytacji. Dalej, pragnąłbym zastanowić się nad tym, w jaki sposób odkrycia nauk poznawczych wpływają na nasze rozumienie postaci nauczyciela. Jeszcze raz powtórzę moje pytanie: Czy buddyjscy nauczyciele posługują się taumaturgią?

I co się okazuje? Otóż, okazuje się, że buddyjscy nauczyciele są podgrupą specjalistów. Czy prezentować będą się jako specjaliści religijni, specjaliści duchowni, specjaliści rytualni, specjaliści od życiowej mądrości, specjaliści od medytacji czy specjaliści w dziedzinie bycia „zwyczajnym”, to w każdym przypadku tworzyć będą aurę oczekiwania czegoś nadzwyczajnego. Ale czy posługują się taumaturgią? Pascal Boyer proponuje taką oto potężną optykę, która znacznie poszerza pole spekulacji nad tym pytaniem. Boyer pisze:

Roshi Pat Enkyo O’Hara (po lewej)
„Pojęcie rytualnego specjalisty bazuje na niereligijnym pojęciu sprawczej esencji. Ludzie myślą o takich rytualnych specjalistach jako o osobach posiadających pewną wewnętrzną, niejasno zdefiniowaną właściwość, która odróżnia ich od pospólstwa. Uczenie się wykonywania rytuałów [jest sprawą drugorzędną]; to co liczy się w tym kontekście najbardziej, to posiadanie tej wewnętrznej zdolności, pojmowanej w quasi-biologicznych kategoriach. Podobnie i w tym przypadku, to co mogło wydawać się zjawiskiem specyficznie religijnym wynika z naturalnych mechanizmów postrzegania. Pojęcie ukrytej sprawczej esencji, która nie może być zaobserwowana ale tłumaczy zewnętrzną formę i sposób zachowania, jest specjalną cechą naszego spontanicznego, intuicyjnego sposobu myślenia o żywych gatunkach. W tym przypadku, przenoszona jest ona na niejako, pseudo-naturalną odmianę: pododmianę ludzkich podmiotów posiadających odmienną charakterystykę”. (Pascal Boyer, Out of Africa: Lessons from a By-Product of Evolution, p. 33; in, Religion as Human Capacity [Leiden: Brill, 2004].)

Sharon Salzberg
Pojęcie „oświecenia” jest pierwszorzędnym przykładem „ukrytej sprawczej esencji”. Dlaczego Dalajlama postępuje w taki sposób w jaki postępuje? Ponieważ, oczywiście, jest on istotą „oświeconą”. Jego działania powodowane są przez tę „esencję” - stąd jest ona „sprawcza”. Co więcej, ta esencja jest dla nas niewidzialna; dlatego nosi miano „ukrytej”.  Ale w jaki sposób na nas oddziałuje, będąc ukrytą?  Poniżej omawiam pewne charakterystyczne motywy, które uruchamiają nasze tendencje do przypisywania osobom specjalnych właściwości. Powszechnie spotykanym rezultatem tej tendencji do przypisywania ukrytej sprawczej esencji jest to, że z łatwością – faktycznie, spontanicznie i „naturalnie” - wywyższamy pewnych ludzi i postrzegamy ich jako tych, którzy posiadają wyjątkowy status. Nauki poznawcze próbują ukazać to, że tego rodzaju postępowanie wynika z nawyków zwykłego postrzegania. My ludzie, zakładamy, że byty, czy to ludzkie, zwierzęce czy nawet wyobrażone (takie jak „Bóg”), posiadają właściwości, które są wrodzone i, w rzeczywistości, nieodłączne dla tego rodzaju bytów. Pytanie jakie pojawia się w tym kontekście jest następujące, w jakim stopniu buddyjscy nauczyciele pobudzają i zachęcają domniemania co do swojej specjalnej, ukrytej, sprawczej esencji (że są oświeconymi, mądrymi, posiadającymi specjalne uzdrawiające moce – że, pokrótce, posiadają odpowiedź). Biorąc pod uwagę to, że buddyjscy nauczyciele posługują się takimi oraz innymi środkami, myślę, że musimy przyjąć do wiadomości fakt, że oni rzeczywiście posługują się taumaturgią. Następne pytanie powinno zaś dotyczyć tego, w jakim zakresie oraz w jaki konkretny sposób, ta postawa jest pożyteczna lub szkodliwa dla uczniów.

Do charakterystycznych motywów taumaturgii spotykanych wśród buddyjskich nauczycieli zalicza się: maskowanie tożsamości za pomocą specjalnego nazewnictwa, ubioru i stylu uczesania; egzaltowane sposoby wyrażania się, werbalna demiurgia; narratologiczne zawładnięcie; przyjmowanie uprzywilejowanego statusu rytualnego oficjela; dzierżenie specjalnych przedmiotów symbolizujących władzę; funkcjonowanie jako wybitna osobistość w czasie ceremoniałów; przyjmowanie roli strażnika axis mundi.

Posługując się konkretnymi przykładami, można byłoby zadać następujące pytania: Dlaczego Sakyong Mipham Rinpoche ubiera się jak średniowieczne tybetańskie książątko? Z pewnością rozumie, że żyje w dwudziestowiecznej zachodniej demokracji. Dlaczego Lama Surya Das – człowiek, który propaguje „naturalną, odwiecznie czystą naturę umysłu” - posługuje się tym hybrydycznym tybetańsko/hinduskim imieniem, a nie swoim imieniem Jeffrey Miller? Dlaczego Roshi Pat Enkyo O'Hara ubiera się w gloryfikowany ubiór średniowiecznego japońskiego wieśniaka? Dlaczego Sharon Salzberg przedstawia się jako „osoba intensywnie medytująca od 1971 roku” (i dlaczego ten ciągły uśmiech na twarzy?) Nie chciałbym, aby te pytania zabrzmiały okrutnie. Jestem szczerze zainteresowany odpowiedziami na nie. I nie mam na myśli łatwych odpowiedzi, przykładowo, podtrzymywanie tradycji, wartość otrzymanych form, retorykę typu „tutaj się tak właśnie postępuje”. Ciekawią mnie bardziej refleksyjne odpowiedzi. Czy uczniowie tych nauczycieli byliby zawiedzeni, gdyby ich nauczyciele pojawili się w codziennym ubraniu, ze zwykłym uczesaniem na głowie, ze zwykłym imieniem, posługiwaliby się zwykłym angielskim? Straty czego obawiają się nauczyciele w wyniku zrzeknięcia się tradycyjnych form? Czy to możliwe, że takie zrzeknięcie mogłoby pociągnąć za sobą coś o wiele bardziej wartościowego? Czy to nie brzmi ironicznie, że buddyjscy nauczyciele, którzy rzekomo orędują za wartościami takimi jak redukcja ego, wspólnota z innym, wolność i prostota, jednocześnie obciążają swoich uczniów nowymi, aczkolwiek buddyjskimi, formami neurotycznego przywiązania? Nauczyciele: dlaczego nie wyjdziecie zza swojej kurtyny?



Polecam również: Buddyzm: terapia czy egzorcyzm?