Czym jest medytacja? No właśnie - czym?





„Medytacja”, pisze Julia Wahl w swoim najnowszym wpisie w na:temat „jest ostatnio często obecna w różnego rodzaju publikacjach: naukowych, seminaukowych, popularnonaukowych, a w końcu w różnego rodzaju reklamach. Widzimy osoby medytujące w reklamach sieci komórkowych, sprzętów komputerowych, firm konsultingowych, napojów, itp. Kup nasz produkt, a zyskasz spokój, harmonię, szczęście, a może nawet twoje relacje się poprawią. Zresztą komu potrzebne są relacje. Ty jesteś najważniejszy”.


Pomijam fakt, że autorka okrasza swój tekst cytatami z pism słynnych „oświeconych” buddyjskich alkoholików i seksualnych drapieżników - takich jak Trungpa Rinpocze czy Sogjal Rinpocze - mających niejedną ofiarę wśród swoich uczennic i uczniów, ponieważ bardziej interesuje mnie to, że sama będąc przedstawicielką multimilionowego przemysłu, jak na ironię, już na samym wstępie zdaje się protestować przeciwko wszędobylskiemu utowarowieniu medytacji.

Przemysł, który mam tutaj na myśli, określany bywa mianem „przemysłu uważności” i odpowiedzialny jest on za fabrykowanie „produktu”, który przez krytyków nazwany został „eliksirem uważności”.

Zainteresowanym machinacjami „przemysłu uważności” polecam na początek dwa wcześniejsze wpisy „Eliksir uważności” oraz „Przemysł uważności”, gdzie  między innymi można znaleźć takie oto fragmenty:


„Potężny moloch „uważności” nie zaprzestaje podsycać swojego ognia, którego płomienie łechtają zraniony świat późnego kapitalizmu. Przemysł uważności zagarnia terytorium będące kiedyś domeną wielkiej okupacyjnej armii składającej się z mieszaniny guru samopomocy, psychiatrów, pracowników służby zdrowia, hipnotyzerów, kaznodziei, teozofów, kościoła, synagogi, prawdziwych guru, joginów, nauczycieli medytacji, a nawet – głęboki wdech! - samych buddystów. Bo kto właściwie może konkurować z przemysłem, który twierdzi, że w ofercie ma prawdziwe źródło darów, eliksir na wszystkie życiowe dolegliwości”.
Uważność” może zwyczajnie okazać się współczesną wersją starożytnego poszukiwania panaceum. Konkluzja, że chodzi tu o coś przypominającego fantazję o uleczeniu, tak ze strony naukowców, jak i ludzi praktykujących uważność, zdaje się nieunikniona. Podobnie jak w przypadku akupunktury, widmo efektu placebo prześladuje badania nad uważnością. We wstępie do nowego wydania Contemporary Buddhism, Jon Kabat-Zinn pisze: „Artykuł Ruth Baer [zamieszczony w tejże publikacji] prezentuje przekonywującą oraz mocną empirycznie alternatywną perspektywę. Autorka, opierając się na faktach naukowych, artykułuje fundamentalne wyzwanie jakie stawiają przed nami medycyna i psychologia: że musimy brać pod uwagę to czy możliwe jest ustalenie, dlaczego coś, co wydaje się powodować zmianę, działa w taki a nie inny sposób, i tym samym badać, wykorzystując wszystkie posiadane przez nas uzasadnione metody, to jakie procesy mogą się do tego przyczyniać. Jest to ważne dlatego, ponieważ większość terapii posiada pewne korzystne efekty, które mają niewiele wspólnego z tym, co klinicysta w rzeczywistości uznaje za decydujący element. Jest nim często oczerniany i niedoceniany efekt placebo. Efekt placebo jest jednym z najskuteczniejszych działających efektów w medycynie. Ogólnie rzecz biorąc, nauczyciele i terapeuci są niechętni, aby uznać fakt, że efekt placebo posiada potencjalny wpływ, ponieważ wszyscy preferujemy założenie, że to nauczanie oraz terapia, którą oferujemy, była tym, co spowodowało transformację w życiu naszych pacjentów. Badania zajmujące się tym, co rzeczywiście jest tego przyczyną mogą być bardzo otrzeźwiające”.
I na koniec już, przypomnę obszerny fragment z eseju Slavoja Žižka, który dość przekonująco charakteryzuje szersze tło z jakiego wyłaniają się tego rodzaju współczesne zjawiska jak "przemysł uważności":
"Największą postmodernistyczną ironią dnia dzisiejszego jest niezwykła wymiana, jaka dokonuje się pomiędzy Europą i Azją: w tym samym czasie, kiedy „europejska” technologia i kapitalizm triumfuje w ogólnoświatowym wymiarze na poziomie „ekonomicznej infrastruktury”, judeochrześcijańskie dziedzictwo zagrożone jest na poziomie „ideologicznej nadbudowy” w samym sercu europejskiej przestrzeni, przez „azjatycką” myśl New Age, która, w swoich różnych maskach, począwszy od „zachodniego buddyzmu”, na różnych „tao” skończywszy, utwierdza się jako hegemoniczna ideologia globalnego kapitalizmu. W tym oto tkwi najwyższa spekulatywna tożsamość przeciwieństw dzisiejszej globalnej cywilizacji: chociaż „zachodni buddyzm” prezentuje się jako lekarstwo przeciwko stresującemu napięciu wynikającemu z kapitalistycznej dynamiki, które pozwala nam na odłączenie się i zachowanie wewnętrznego spokoju oraz Gelassenheit, w rzeczywistości funkcjonuje jako doskonały ideologiczny dodatek. Powinno się tutaj wspomnieć o dobrze znanym pojęciu „szoku przyszłości”, które opisuje to, jak ludzie nie są już w stanie psychologicznie radzić sobie z porażającym rytmem technologicznego rozwoju oraz społecznymi zmianami, które temu towarzyszą. Rzeczy zwyczajnie dzieją się zbyt szybko, i zanim ktoś zdoła się przyzwyczaić do wynalazku, ten zostaje już zastąpiony przez nowy, wskutek czego, ludziom coraz częściej brakuje najbardziej podstawowego „poznawczego mapowania”. Uciekanie się do taoizmu i buddyzmu [dodajmy, technik "uważności"] przedstawia się jako droga wyjścia z tego kłopotliwego położenia, które przynosi zdecydowanie lepsze rezultaty niż desperacka ucieczka w stare (rodzime) tradycje. Zamiast próbować stawiać czoła przyspieszającemu rytmowi techno-logicznego postępu oraz społecznym zmianom, powinno się raczej wyrzec samego wysiłku mającego na celu zachowanie kontroli nad tym, co się dzieje, odrzucając to, jako ekspresję współczesnej logiki dominacji. W zamian, powinno „się puścić”, dryfować, zachowując przy tym wewnętrzny dystans i obojętność wobec szalonego tańca przyspieszającego procesu, dystans opierający się na wglądzie mówiącym, że całe to społeczne i technologiczne wrzenie ostatecznie jest tylko niesubstancjalnym mnożeniem się pozorów, które tak naprawdę nie odnoszą się do najgłębszego sedna naszej istoty. Trudno oprzeć się tutaj pokusie reanimowania starego marksistowskiego frazesu określającego religię jako „opium ludu”, jako urojony dodatek do ziemskiej niedoli. Medytacyjne podejście „zachodniego buddyzmu” jest prawdopodobnie najbardziej skutecznym sposobem, aby w pełni uczestniczyć w kapitalistycznej dynamice, zachowując jednocześnie pozory zdrowia psychicznego. Gdyby żył dzisiaj Max Weber, z pewnością napisałby drugi, dodatkowy tom uzupełniający jego Protestancką etykę i zatytułowałby go Taoistyczna etyka i duch globalnego kapitalizmu".