Unik




Jakiś czas temu, jedna z osób komentujących na tym blogu stwierdziła, po kolejnym przewertowaniu książki Barry Magida pt. „Koniec pogoni za szczęściem", że część z tego co w niej przeczytała chyba „już nie za bardzo znalazłaby się na twoim blogu”. Czy miała rację czy źle to odczytała? 

Wydaje mi się, że na wstępie powinienem wspomnieć o tym, że Barry Magid był przez jakiś czas moim nauczycielem. A uwzględniając fakt, że treść tej książki jest usystematyzowanym zapisem ciągu wykładów Magida, można powiedzieć, że byłem naocznym świadkiem tego jak powstawał jej szkic.

Odpowiadając na pytanie postawione we wspomnianym komentarzu zasugerowałem, że aby nasza ewentualna dalsza dyskucja miała sens, oczekiwałby od mojego rozmówcy, aby zapoznał się z artykułem Glenna Wallisa pt. "Nascent Speculative Non-buddhism", co w moim przekonaniu byłoby niezwykle pomocne dla nas obydwu, zważając na mój zdecydowany zwrot w kierunku spekulatywnego niebuddyzmu oraz to, jak ta krytyczna praktyka zabarwia moje obecne postrzeganie „buddyzmu". Niestety nie doczekałem się żadnej reakcji.

W międzyczasie na blogu Wallisa pojawił się kolejny wpis, tym razem ku mojemu zaskoczeniu, poświęcony właśnie osobie Magida oraz jego nauczycielki Charlotte Beck. Jak można się przekonać poniżej, główną tezą/zarzutem autora jest to, że Magid oraz Beck - niczym dwójka zręcznych handlarzy nadziei - starali się przemycić do swojego nauczania coś, co nazwali „głęboką radością na dnie studni 'ja'". 

Zastanawiałem się później, jak często słyszałem z ust Magida o tak pojmowanej radosnej nadziei. Niestety pomimo szczerych starań nadal nie mogę odnaleźć w pamięci wielu śladów tego rodzaju otuchy, prędzej wyłaniają się ociekające przewrotną ironią wątki skatologiczne, buddowie z kruchego mięsa, pochwała natury a la J. Harrison, wreszcie wektor entropii nieubłaganie opadający w dół. Nie znaczy to, że owo przesłanie o „głębokiej radości" było i jest całkowicie nieobecne. Wystarczy zajrzeć do wspomnianej książki, poczytać magazyn Buddhadharma.

Zatem, nie zważając na moją wybiórczą pamięć i specyficzną głuchotę, zachęcam do przeczytania tekstu Wallisa znajdującego się poniżej, oraz ponownego przewertowania książki ze zwróceniem szczególnej uwagi na wątki mówiące o „głębokiej radości". 

Kto wie, być może komuś uda się dostrzec jak tego rodzaju retoryczne zabiegi tworzą to, co Wallis nazywa lustrzanym, z góry wszystko widzącym dharmicznym snem o tym, co powinno być/co chcielibyśmy aby było. Jednym słowem dostrzec buddyjskie unikanie, na które nie będzie miejsca na tym blogu.



_________________________________________________________________


Barry Magid jest jednym z garstki samozwańczych buddyjskich nauczycieli, których pracę bez wahania polecam innym. Z jednej strony, robię to ze względu na jego przenikliwą ocenę potencjału oraz ograniczeń buddyjskiej praktyki, z drugiej zaś, przebiegłych machinacji małp homo sapiens. W wyniku tej pierwszej, Magid dzielnie umiejscawia buddyzm w dialogu z psychoanalizą Kohuta, przywołuje Wittgensteina w kwestii języka, zwraca się zarówno ku poetom, jak i starożytnym sceptykom. Ta druga natomiast, umożliwia mu przejrzyste uchwycenie odruchowych, lecz bezowocnych strategii medytacyjnych, w rodzaju fantazji o uleczeniu oraz sekretnej praktyki.

Klarowne i rzeczowe podejście Barry Magida wynika, jak przypuszczam, przynajmniej częściowo, z jego bliskiego związku z Charlotte Beck, nauczycielką ze Szkoły Zwykłego Umysłu. (W 1999 r. Magid otrzymał od Beck „przekaz dharmy”.) Tak oto Magid wspominał Beck w ostatnim artykule poświęconym jej pamięci:

Nie jest przesadą powiedzieć, że Joko Beck przekształciła oblicze zen w Ameryce, bynajmniej nie strojąc mu miny kobiety. Należała do pierwszego pokolenia ludzi Zachodu dziedziczących dharmę od swoich japońskich mistrzów, w czasie, kiedy skupianie się na doświadczeniu kensio lub przebudzeniu prowadziło do lekceważącego nastawienia wobec problemów, które były „jedynie” natury psychologicznej... Umieściła radzenie sobie z gniewem, lękiem, dumą oraz wykorzystywanie seksualne uczniów w centrum tego z czym musimy radzić sobie w naszej praktyce”. („Ku pamięci Joko Beck”; Buddhadharma: The Practitioner’s Quarterly, Fall, 2011).

Szczególnym i wielkim wkładem Szkoły Zwykłego Umysłu do buddyzmu – jak ilustrują to przykłady Beck, Magida oraz Pat George z Filadelfii – jest właśnie ich dzielne, bezkompromisowe kładzenie nacisku na wnoszenie całości siebie w praktykę. Osiągnięcie to może zdawać się nieznaczne, biorąc pod uwagę fakt, że większość buddyjskiej retoryki tego się właśnie domaga („nie ujeżdżaj osła w poszukiwaniu osła”, itd.). Ale Beck dostrzegała w tendencji tradycyjnego zen do siłowego przepychania się, z pełnym chwały machismo, przez, powiedzmy, depresję, lęk oraz zwątpienie, wyniszczający „emocjonalny bypassing”, i w zamian, „pracowała aby przywrócić poczucie emocjonalnej rzeczywistości w środowisku, które coraz częściej nękane było przez skandale oraz niewłaściwe prowadzenie się naszych rzekomo oświeconych wzorów do naśladowania”. (Ibid.)

Podkreślając takie cechy nauczania Charlotte Beck, Magid miał możność zaprezentowania we wspomnianym wyżej artykule niedwuznaczny i szczery obraz jej spuścizny.

Tak też zrobił. A następnie coś się stało. Unik. Kto go wykonał – Magid czy Beck?

W pewnym sensie to bez znaczenia, ponieważ unikanie jest czymś endemicznym dla buddyjskiego dyskursu. Ostatecznie to buddyzm wykonuje unik. Czego oczywistym rezultatem jest to, że żyjący pełnomocnicy wykonają go również. Tak czy inaczej, to, że ktoś taki jak Barry Magid czy Charlotte Beck może postąpić w podobny sposób, jest, w moim przynajmniej odczuciu, niezbitym dowodem na to, że „buddyzm” znajduje się na krawędzi bycia eudajmonistycznym fortelem. (Weźmy Magida za jego słowo, i uznajmy, że unik który tutaj dostrzegam, wynika z czegoś, czego jego nauczycielka „nigdy nie zaprzestała podkreślać”.)

Unik, który mam na myśli, pojawia się w tym oto akapicie:

Kiedy uczniowie pochłonięci byli transformacją, ona [Charlotte Beck] brała to co było w niebezpieczeństwie przeistoczenia się w bezzębny komunał zen – bycie tylko tą chwilą – i zamieniała to w wyzwanie braku nadziei – radykalną akceptację całości teraźniejszości. Jednocześnie nigdy nie zaprzestała podkreślać, że na dnie studni 'ja' znajduje się głęboka radość. Całe życie nauczania o śmierci i umieraniu podsumowane zostało jako „to również jest radość”.

Coś się tutaj nie zgadza. Bycie (wolną od komunałów) „tylko tą chwilą” + „brak nadziei” + „radykalna akceptacja całości teraźniejszości”, nie = się „głęboka radość”. Równa się cokolwiek akurat się dzieje. Być może odnajdziesz radość – na chwilę. Być może odkryjesz wysysający życie Angst. Ani buddyzm ani medytacja, ani Charlotte Beck, Barry Magid, magazyn Buddhadharma ani „Budda” nie może prawowicie udzielić ci gwarancji na to, co przyniesie powyższa formuła dla jakiejkolwiek realnie żyjącej istoty.

W innym miejscu, Magid odwołuje się do powiedzenia Wittgensteina, że filozofia powinna pozostawić wszystko, takim jakim to znalazła. Świeższej daty sformułowanie tej idei, że filozofia (dla nas, buddyzm) nie ma interesu w dostarczaniu nam końcowego wyniku w naszym egzystencjalnym rachunku, pochodzi od Raya Brassiera:

Filozofia postąpiłaby właściwie zaprzestając wydawania kolejnych nakazów ponownego ustanowienia sensu egzystencji, celowości życia, czy odnowienia zerwanego przymierza pomiędzy człowiekiem i naturą. Powinna starać się raczej być czymś więcej, niż tylko ukojeniem żałosnych dolegliwości ludzkiej dumy. (Nihil Unbound) *

Czym, jeżeli czymkolwiek, powinien „starać się być” buddyzm? Magid pięknie wypowiada się na temat rozsądnych kandydatów z punktu widzenia rachunku jaki dostarcza. Mianowicie, mógłby starać się wpajać wiążącą się z uwagą skłonność ku „tej tylko chwili” oraz usposobienie „nieposiadania nadziei” albo „radykalną akceptację teraźniejszości”. Nie powinien starać się być nieuleczalnie optymistycznym „ukojeniem” dla naszej wyjałowionej klasy średniej tęskniącej za „prawdziwym szczęściem” oraz spokojem pośród „stresu” czy „pokonywaniem cierpienia” albo czymkolwiek wyróżnionym przez buddyjsko-uważnościowy inwentarz zapewnień.

Spekulatywny niebuddyzm widzi w posunięciu Beck (Magida?) straconą szansę, jak również coś bardziej poważnego. Sugestywny język Magida zachęca praktykującego, aby poddał ten wielki rachunek próbie. Lecz na tym nie poprzestaje. W zamian, on, Beck oraz cały buddyzm podpiera egzystencjalną nicość (lub nieokreślone X) wzniecaną przez to równanie, za pomocą czegoś, co sprowadza się do ideologicznego worka z piaskiem: „głębokiej radości”. „Dno studni” oraz „głęboka radość” nie są czymś co jest dane w równaniu. Są do niego przemycone przez handlarzy nadziei. Są przykładami lustrzanego,  z góry wszystko widzącego dharmicznego snu o tym, co powinno być/co chcielibyśmy aby było. Nie są w żadnym wypadku, tym co jest.

„Głęboka radość” na „dnie studni 'ja'” jest nowym, unikalnym samopomocowo-obsesyjnie-amerykańskim komunałem zen; co więcej, czymś, co błyska zębami wszystkich „duchowych” komiwojażerów – i komiwojażerek. Ponieważ zamyka praktykującego w niekończącej się płatnej pętli powinienem-mógłbym-chcę-chciałbym-głębokiej-radości.

Jeśli o mnie chodzi, obstawiam postulat Charlotte Beck o braku nadziei i zobaczę co się wydarzy.